Tag: jak podróżować z psem w pociągu

  • W poszukiwaniu zimy

    W poszukiwaniu zimy

    Napisałam już raz tą relację o wyprawie w poszukiwaniu zimy. Zaraz po powrocie z gór. Niestety, komputer zamarzł, program przestał działać, zniknęło bezpowrotnie. Próbuję więc po raz kolejny, z nieco inną perspektywą. Jeśli to czytasz, tym razem się udało.

    Bardzo lubię moje życie w mieście, moje mieszkanie, pracę, wytarte ścieżki.

    Ale czasami po prostu muszę rzucić wszystko i pojechać w góry. Nie, nie w Bieszczady. Bieszczady nie wpuszczają psów, no i są za daleko. Na szczęście niedaleko Wrocławia jest kilka pasm górskich, które nie dość, że są psiolubne, to jeszcze dostępne komunikacją publiczną.

    I tak oto, po raz kolejny pojechałam w Stołowe

    Kiedy odwiedzałam je po raz pierwszy [tutaj poczytasz jak ogarnąć taką wyprawę, a tutaj możesz zobaczyć jak tam jest w lecie], wybrałam się tam samochodem. Miałam wtedy wrażenie, że nie da się inaczej dojechać do Stołowych, zwłaszcza, jeśli ma się tylko dwa dni weekendu. O, jak ja się myliłam. Jak ja lubię tak bardzo się mylić!

    Dojazd do Gór Stołowych pociągiem po raz pierwszy przetestowałam w sierpniu, będąc na bezrobociu, ale to mam nadzieję opisać w innym poście.

    Tym razem, chodziło mi głównie o śnieg i zimę. Tak, w tym roku temperatura we Wrocławiu nie schodziła poniżej 0 stopni, śniegu nie było nawet przez chwilę, i generalnie wrażenie było bardzo przytłaczające. Poszukiwanie zimy stało się dla mnie priorytetem.

    Jednego tygodnia w pracy, siedząc jak na szpilkach, postanowiłam: nie ma na co czekać, jedziemy!

    Jeden mail do schroniska na Szczelińcu i już wiedziałam, że gwiazdy ułożyły nam się pomyślnie i kosmos wie, jak bardzo tego potrzebuję. Mieli wolne miejsca, dla mnie i dla Jussi!

    Szczerze mówiąc, nie przygotowywałam się jakoś mocno do tego wyjazdu. Mimo, że ostatnio ciężko było mi wpasować wyprawy w góry w mój kalendarz, mam już swój własny, opracowany zestaw.

    Jeden tylko sprzęt musiałam pożyczyć – raczki. Raczki są ważne. Mój poprzedni tekst mógłby się nazywać oda do raczków, tak bardzo byłam pod wrażeniem tego niepozornego, a jakże ważnego sprzętu. Raczki polubiłam tak bardzo, że nawet po powrocie uszyłam im specjalny pokrowiec (chcesz instrukcję?)

    Tak, raczki…

    ale o czym ja to?

    Aha, w środę napisałam do schroniska, w piątek wieczór pobieżnie sprawdziłam trasę, a w sobotę rano siedziałam już w pociągu do Kudowy Zdrój, z plecakiem, herbatą, czekoladą i, oczywiście, z Jussi.

    Pociąg był pełen, bo przecież ferie w pełni. Na szczęście Jussi miała jak się schować pod siedzenie. I tak jechałyśmy szukać zimy.

    Teraz mogłabym Ci skłamać i rozpocząć opis trasy ale po co? Wiedz, że leniuchy też mogą chodzić po górach.

    Tego dnia spacer przez Kudowę wydawał się nużący i bez sensu. Tak, miasto jest malownicze, ale nie wtedy, kiedy jak najszybciej chcesz uciec w dzicz. Na stacji PKP więc poprosiłam przemiłego pana taksówkarza o podwózkę do Jakubowic. Nie miał problemu z psem w aucie, i tak oto zaoszczędziłam co najmniej pół godziny.

    Za to w Jakubowicach od samego początku szlaku czekał na nas śnieg. Jak już nie raz się żaliłam, pierwsze podejście jest najgorsze, ale nie powiem, zimowa aura umilała mi znacząco pierwsze kroki.

    Jak tylko skończyły się zabudowania pozwoliłam Jussi odrobinę pobiegać. Mogłam to zrobić bo nie byłyśmy jeszcze na terenie parku narodowego a z Jussi znamy się na tyle, że wiem, że nie pogoni za żadną sarną czy lisem. W nowym terenie Jussi trzyma się ścieżki i mnie, że aż miło. A ile frajdy miała z biegania po śniegu i lesie!

    Droga z Kudowy na Szczeliniec jest bardzo prosta. Idzie się po prostu czerwoną trasą. Góry Stołowe są też bardzo dobrze oznaczone, więc nie przestraszyłam się tym, że jak się okazało, zapomniałam wziąć ze sobą mapę.

    Trasa z Jakubowic na Szczeliniec ma jakieś 10 kilometrów, co daje około 3,5 godziny spaceru. Według pana taksówkarza rano było sporo ludzi, ale kiedy ruszyłam koło 11, na trasie nie było nikogo.

    Dopiero w okolicach Błędnych Skał zaczęłam spotykać pierwszych turystów. I tak było ich bardzo mało w porównaniu z tym, co dzieje się tam latem. Dzięki śniegom górny parking był zamknięty, więc i żądnych wrażeń zmotoryzowanych turystów było mniej.

    Chociaż trasa była bardzo przyjemna, ja najbardziej na świecie tęskniłam za tym momentem, kiedy zmęczona zrzucam plecak w schronisku, piję zimne piwo i czytam książkę. Naprawdę nie potrafię ci wytłumaczyć dlaczego lepiej mi się czyta po tym, jak przemaszeruję 10 km pod górę w śniegu i mrozie, ale chyba nawet nie chce mi się z tym walczyć.

    Wszystko szło dobrze, a ja trochę wątpiłam, czy w ogóle warto było pożyczać raczki na tą wyprawę dopóki nie zaczęły się one…

    Schody na Szczeliniec

    Jeśli nie wiesz, od Karłowic na schronisko prowadzą schody. Takie wyciosane w kamieniu schody. Trochę strome ale bez przesady, są naprawdę dobrze zakonserwowane. Owszem, były ośnieżone, ale co tam dla mnie taki śnieg. Nie wiem czy jest to powód do dumy, ale od lat nie zdażyło mi się poślizgnąć i upaść na śniegu czy lodzie. Mam naprawdę porządne poczucie równowagi.

    No więc owszem, ostrożnie i z szacunkiem, ale jednak bez raczków zaczęłam wspinać się po tych schodach. Pierwszych kilka stopni było ok, trochę ślisko ale taki mamy klimat.

    Wtem nagle… Jussi ześlizgnęła się ze stopnia, a ja za nią! Dobrze że mocno trzymałam się poręczy, bo tylko lekko nadwyrężyłam sobie bark, a mogłam stracić wszystkie zęby.

    Sceptycznie, ale raczki poszły w ruch. W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałam się tego, jak duży komfort te niepozorne raczątka mi zaoferowały. Z uśmiechem politowania i przerażeniem w oczach mijałam od tej pory wszystkich turystów, którzy schodzili ze Szczelina w najzwyklejszych zimowych butach, nawet nie w traperach!

    A, no i oczywiście po wejściu na szczyt zadzwoniłam chyba do wszystkich znajomych z pieśnią pochwalną na temat raczków.

    Tak, ten wspin to był zdecydowanie ich wielki triumf.

    Co do piwa na szczycie, zachodu słońca i noclegu, pozwolisz, że opowiem ci o tym w osobnym tekście…

  • Pies w pociągu – zrób to sama!

    Pies w pociągu – zrób to sama!

    Kiedy miałam auto, nie wyobrażałam sobie, jak można podróżować pociągiem z psem tak dużym jak Jussi. A umówmy się, Jussi, ze swoimi trzydziestoma kilogramami wagi nie jest największym z psów. Jednak jazda pociągiem dłuższa niż powiedzmy godzina jawiła mi się jako zupełna abstrakcja.

    Pierwsza okazja nadarzyła się podczas majowego wypadu na hel, dwa lata temu. Pogoda była raczej słaba, więc zamarzyło mi się odwiedzenie trójmiasta. Zwłaszcza, że miałam tam znajomego który mógł nas po trójmieście, a raczej Gdyni, oprowadzić.

    pies_w_pociagu

    Nawet nie pamiętam czy Jussi miała wtedy kaganiec. Wydaje mi się że tak, ale na pewno nie lubiła go nosić. W Łodzi jeździłyśmy tramwajami naprawdę rzadko, no i miałam auto, więc nie czułam potrzeby przyuczania jej do kagańca. Nad morzem pragmatyzm zwyciężył i tak oto chęć napicia się piwa ze znajomym zaważyła nad dotychczasowymi obawami.

    Ponieważ Jussi w aucie nauczona jest spać cała drogę, a od szczeniaka dość regularnie pokonywałyśmy 4 godzinne trasy autem, pociąg potraktowała jak nieco większy samochód. Grzecznie położyła się na podłodze i przespała cała drogę.

    Następna okazja do wożenia psa pociągiem była w ostatnie wakacje, kiedy postanowiłam odwiedzić przyjaciół na lubelszczyźnie. Miałam do wyboru albo kilka godzin w PKP, z możliwością spaceru po wagonie, poczytania książki czy drzemki, albo kilka godzin w starym, wysłużonym aucie bez klimatyzacji. W naprawdę sporym upale.

    Wybrałam więc PKP, i tak już, o dziwo, zostało.

    podroze_z_psem_pociagiem

    Nasza pierwsza długa podróż pociągiem podzielona była na dwa etapy: ICC do Warszawy, wagon bezprzedziałowy, pełna klima, gniazdka w siedzeniach, żyć nie umierać. I TLK do Lublina, skwar, stare wagony obite dywanami, brak cienia. Ostatnia godzina podróży to była droga przez mękę dla mnie, a co dopiero dla futrzaka.

    W drodze powrotnej zepsuła się pogoda, więc podróżowało się nam już dużo przyjemniej.

    Od tej pory Jussi nie raz pokonywała dłuższe i krótsze trasy pociągami, a ja nauczyłam się kilku przydatnych rzeczy na temat psa w pociągu, którymi właśnie teraz zamierzam się z tobą podzielić:

    1. Kaganiec

    kaganiec musi być, nie ważne że twój piesio to najsłodszy słodziak. Ważne, żeby kaganiec pozwalał psu otwierać szeroko paszczę i chłodzić się w ten sposób. Według regulaminu pies powinien być w kagańcu cały czas, ale i podróżni, i konduktorzy zazwyczaj są wyrozumiali i pozwalają ci uwolnić psa od tego obowiązku. Zawsze trzeba jednak pytać.
    Kaganiec przydaje się też w sytuacji, kiedy współpodróżni chcą być mili i próbują karmić twojego zwierzaka resztkami z kanapki albo herbatnikami 😉

    2. Miska na wodę

    mega ważne zwłaszcza latem. Kiedyś zdarzyło mi się jej zapomnieć i Jussi musiała się napić wody z pociągowej umywalki. Nie polecam.

    jazda_w_pkp_z_psem

    3. Kocyk, ręcznik, posłanie

    pies, pomimo, że za bilet płaci od 5 do 15 zł, nie ma wstępu na siedzenie (małe psy mogą siedzieć ci na kolanach, albo być w transporterze), dobrze jest mieć jakiś koc albo ręcznik na którym zwierzak może się położyć jeśli nie lubi leżeć na gołej posadzce.

    4. Lokalizacja

    Jeśli tylko to możliwe, wybieraj wagony bezprzedziałowe. Jest tam więcej miejsca dla stwora, nawet jeśli pociąg jest pełen ludzi.

    pies_w_wagonie_predzialowym

    5. Lokalizacja doprecyzowując

    Naucz psa leżeć pod siedzeniem. Jeśli twój psijaciel jest wielkości Jussi, powinien się bez problemu zmieścić pod siedzenie. Wtedy tylko ty masz problem co zrobić z nogami, ale za to unikasz sytuacji, w której pies leży w przejściu a tabuny podróżnych nie patrzących pod nogi po nim depczą.

    jak_przygtowac_psa_do_pociagu

    6. Konduktorzy

    Uśmiechaj się do konduktorów. Według moich doświadczeń 90% konduktorów w pociągach jest psolubnych. W kryzysowej sytuacji mogą ci nawet udostępnić wolny przedział, jeśli widzą, że bestia się męczy. Nie jest to oczywiście reguła, ale z mojego doświadczenia wynika, że jest to możliwe 🙂

    https://www.facebook.com/zapsiepieniadze/photos/a.660966967625445.1073741829.523440464711430/660966940958781/?type=3&theater

    7. Toaleta

    Naucz psa toalety przed podróżą. Wiem, brzmi dziwnie, ale o ile ułatwia życie, i zapewnia spokój ducha, kiedy twój pies robi ostatnią kupę zawsze tuż przed wejściem na dworzec.

    8. Przezorny zawsze… nauczony!

    Jeśli twój pies jest za duży, żeby wziąć go pod pachę i wsadzić do wagonu, warto mieć ze sobą smakołyki. Jussi tylko raz bała się wyskoczyć z wagonu na peron, i na szczęście było to na końcowej stacji. Jeśli smakołyki nie działają na zwierza, może warto zrobić próbę i podejść wcześniej na dworzec, sprawdzić który pociąg ma dłuższy postój i poćwiczyć wchodzenie do wagonu?

    9. Bagaż

    Zadbaj o swój bagaż. Najlepiej miej ze sobą plecak, bo wtedy masz obie ręce wolne na psa. Nie próbowałam nigdy jechać z Jussi i walizką na kółkach, zwyczajnie wydaje mi się to niewygodne. Zwłaszcza kiedy musisz pędzić na przesiadkę bo jest opóźnienie.

    pies_podrozuje_pkp

    10. Przyjaciele

    Udało mi się dotrzeć do 10 punktów! Zaprzyjaźnij się ze współpasażerem, który ma miejsca obok ciebie. Chodzenie z psem do toalety w pociągu jest możliwe ale niewygodne. Do wagonów restauracyjnych nie wpuszczają psów. (PKP, właśnie, o co chodzi? W najlepszych restauracjach można a u was nie?), więc możliwość poproszenia kogoś o opiekę nad bestią jest na wagę złota.

     

    To już wszystkie protipy, które udało mi się zebrać podczas naszych podróży pociągiem. Jednocześnie chciałam dać ci  znać, że w kwartalniku Przystanek Dolny Śląsk mamy z Jussi małą kolumnę na temat naszych podróży pociągiem po Dolnym Śląsku.

    Jeśli masz jakieś pytania odnośnie psa w pociągu, lub coś nie jest dla ciebie jasne, daj znać w komentarzach. Chętnie pomogę.

     

    podrozowanie_z_psem_koleja

    wycieczka_z_psem_w_koleji

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz