Tag: sport z psem

  • Byłyśmy nad morzem!

    Byłyśmy nad morzem!

    Cześć!

     

    Już jutro nowy tekst o tym, czy wyjazd nad morze z psem w środku lata to dobry pomysł, a dzisiaj zapraszam na krótki film z naszych zabaw na plaży.

     

    Kamila

     

  • Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:

     

    ja nie lubię chodzić po górach.

     

    Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…

    szrenica w oddali

    Miłe złego początki

    Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.

    I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.

    Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!

    pozostałości po mgle

     

    https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/

    Nocne marki

    Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.

    Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.

    taka oto ekipa

    Jussi zawsze sobie znajdzie zabawę

    Życie bez prądu

    I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.

    Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.

    Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.

    to tylko wygląda strasznie

    Brak widoków na przyszłość

    Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).

    Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?

    Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.

    szaleńcy na zboczu

    Jussi i Śnieżne kotły

    Czeskie przygody

    Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).

    Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.

    temu podłożu nie można ufać

    Jussi na ko

    Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.

    przykład niezaimpregnowanych butów

    Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.

    Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.

    Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.

    Jak tu lubić chodzenie po górach?

     

    nareszcie koniec!

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Dziewczyno, weź psa na kajak!

    Dziewczyno, weź psa na kajak!

    Jussi lubi pływać. Lubi pływać na tyle, że jesienią i wczesną wiosną raczej nie chodzimy nad Odrę. Latem zresztą też coraz rzadziej spacerujemy nad Odrą, bo przeraża mnie śmietnik panujący na brzegach rzeki. Oczywiście, nauczyłam Jussi tego, że nie zawsze może wejść do wody, co nie znaczy, że ona przestaje próbować. Woda jest dla niej jak kryptonit.

    Pomysł z kajakiem chodził mi po głowie od jakiegoś czasu, ale bałam się, że to trzydziestokilowe bydlęcie utopi nas obie. W końcu, przy okazji wizyty w Lublinie, odważyłam się. Ekipę miałyśmy doprawdy zacną. Ja i trzyletni labrador. Kumpela i trzylatek który swoją energia mógłby zasilać elektrownie. Obie zdeterminowane, obie przerażone. Obie uszłyśmy z życiem, nikt się nie wykąpał w Bystrzycy.

    A teraz do rzeczy, jak popływać z psem w kajaku tak, aby (względnie) suchą stopą wyjść na brzeg? Odpowiedź poniżej:

    Kajak z psem - to prostsze niż się wydaje

    Dobra organizacja to podstawa

    Na początek, dobrze wybierz trasę. Nasza była nie za długa, około dwie godziny, 8 kilometrów, druga połowa prowadziła przez zalew Zemborzycki. Większa część trasy prowadziła przez las, więc pies jechał w cieniu. Podczas spływu tylko jeden fragment był trudniejszy, kiedy trzeba było przeprawić się przez drzewo leżące w poprzek rzeki. Na szczęście pan z innego kajaku pomógł nam w tej przeprawie.

    Po drugie, jeśli twój pies lubi pływać bardziej, niż słuchać się ciebie, weź większy kajak. Jedynka będzie ok, jeśli chcesz pływać z Yorkiem czy czymś do 10 kg, ale jeśli twój pies to połowa twojej wagi, nie rumakuj. Większy kajak jest stabilniejszy, więc jeśli bestia zdecyduje się jednak popływać, to wciągnięcie jej z powrotem będzie łatwiejsze w kajaku, który może solidnie przechylić się na bok, i nie nabrać za dużo wody.

    Przy czym ja wiem, że one są cięższe, i że będziesz potrzebować więcej siły. Uwierz mi na słowo, lepiej zmęczyć się w ten sposób, niż próbując samej wdrapać się do kajaka na środku jeziora.

    Trzecia zasada: wypływaj zwierza przed wejściem do kajaka. Nie gwarantuję ci, że to wystarczy, żeby powstrzymać go przed ponowną kąpielą, ale może trochę odwlec ten moment.

    był nawet czas na drzemkę

    Kajak z psem i komarami

    Aha, mokry, pachnący rzeką/lasem/bobkami/trawą pies przyciąga komary. Komary i końskie muchy. Jeśli masz wujka wędkarza zapytaj go skąd bierze repelenty (wędkarze znają się na rzeczy), albo poproś, żeby kopsnął ci odrobinę. Przyda się! Jeśli znasz się na naprawdę dobrych repelentach, daj mi znać w komentarzach, bo mój się właśnie skończył 😉

    Jussi, mimo dużego kajaka całą drogę siedziała mi pomiędzy nogami. Nie było to ani najwygodniejsze (mokra sierść WSZĘDZIE!) ani najbardziej wyważone rozwiązanie (labrador siedzi na jednym półdupku zawsze, i przechyla się na jedną stronę. Jeśli w rzece są prądy i znosi twój kajak na jedną stronę, uwierz mi, twój pies będzie o tym wiedział i chętnie dołoży ci balastu tak, że na koniec spływu jeden bicek będzie dwa razy większy niż drugi.) Aha, Jussi siedząc naprawdę blisko, stanowiła podpórkę dla wiosła. Ciężko powiedzieć czy to było dobre rozwiązanie czy wręcz przeciwnie.

    Generalnie, taki sposób pływania ma same minusy poza jednym. Kiedy czułam, że woda przyciąga ją nieco mocniej niż zazwyczaj, ściskałam jej tułów nogami tak, że nie mogła się wysmyknąć. Wydaje mi się, że tylko dzięki temu skończyłyśmy tylko z czterema kąpielami (psa, nie moimi, psa!).

    Tak naprawdę, przed startem powinnam zrobić jedną rzecz, o której nie pomyślałam. Mogłam wsadzić Jussi do kajaka suszącego się na brzegu, żeby obwąchała sobie wszystkie kąty i przetestowała miejscówki do siedzenia. Może też, jeśli miałabym więcej czasu (i chęci) mogłabym nauczyć ją wskakiwania do kajaka i wyskakiwania na komendę.

    w poszukiwaniu idealnego wodorosta

    A może jednak pies poza kajakiem…?

    Jeśli chodzi o wodowanie, Jussi wykorzystała kajak tylko do tego, żeby lepiej wybić się podczas skoku do wody. Za to kiedy okazało się, że kajak jest szybszy od labradora, postanowiła wdrapać się na pokład. Tutaj ważna była taktyka. Dziobem zaczepiłam się w szuwarach, jedną ręką próbowałam trzymać wiosło, drugą pomóc wdrapującemu się psu wejść do kajaka. Bardzo pomogły mi w tym szelki, polecam takie, za które łatwo jest złapać jedną ręką. Póki co, zwykłe parciane są do takich zabaw idealne. Po trzech próbach miałyśmy ten trik na tyle wyćwiczony, że wsadzenie Jussi do kajaku dryfującego na otwartym zalewie było już tylko formalnością.

    Jussi, poza tym, że kilka razy postanowiła zmoczyć rozgrzane futro, siedziała w kajaku bardzo grzecznie. Byłam trochę wystraszona kiedy zbliżałyśmy się do kaczek, czy innego ptactwa, ale mój pies spokojnie obserwował je sobie z odległości. Szczerze mówiąc, Jussi była bardziej zaciekawiona tym, co pod wodą, niż tym co na niej. Raz na jakiś czas wychylała się więc z kajaka, żeby złapać zębami jakieś apetycznie wyglądające wodorosty.

    Póki płynęłyśmy Bystrzycą, spływ był bardzo przyjemny. Schody zaczęły się, kiedy wypłynęłyśmy na zalew. Po pierwsze, na otwartej wodzie kajakuje się źle. Po drugie, kiedy cel jest daleko, wydaje się, że całe to wiosłowanie jest psu na budę, i tak naprawdę stoisz w miejscu a nie płyniesz. Po trzecie, 8 kilometrów wiosłowania, z prawie 90 kilogramami na pokładzie daje jednak w kość.

    Czasem nawet udało mi się zobaczyć coś więcej niż sierść

    Radość z osiągnięcia celu jest ogromna, radość z dotarcia na brzeg bez wywrotki jeszcze większa. No i uwielbiam, kiedy Jussi jest tak potwornie zmęczona, że śpi w każdych warunkach i nic, ale to nic jej nie przeszkadza. Okazuje się, że kajak z psem to nic trudnego. Trzeba tylko pamiętać o ubraniu na zmianę (bo jak już wyciągniesz psa z wody, to on się na tym kajaku oczywiście otrzepie), spakowaniu rzeczy do jakiejś nieprzemakalnej torby, i zabraniu repelenta na komary.

     

    Wybaczcie mi jakość zdjęć, do dyspozycji miałam tylko telefon,którego wodoodporności wolałam nie testować, a byłam zbyt przejęta spływem,żeby dbać o dobre kadry 😉

     

    ZapiszZapisz