Tag: długi spacer

  • Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:

     

    ja nie lubię chodzić po górach.

     

    Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…

    szrenica w oddali

    Miłe złego początki

    Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.

    I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.

    Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!

    pozostałości po mgle

     

    https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/

    Nocne marki

    Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.

    Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.

    taka oto ekipa

    Jussi zawsze sobie znajdzie zabawę

    Życie bez prądu

    I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.

    Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.

    Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.

    to tylko wygląda strasznie

    Brak widoków na przyszłość

    Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).

    Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?

    Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.

    szaleńcy na zboczu

    Jussi i Śnieżne kotły

    Czeskie przygody

    Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).

    Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.

    temu podłożu nie można ufać

    Jussi na ko

    Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.

    przykład niezaimpregnowanych butów

    Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.

    Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.

    Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.

    Jak tu lubić chodzenie po górach?

     

    nareszcie koniec!

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Piękne z przyjemnym

    Piękne z przyjemnym

    Mam to szczęście, że zdarzyło mi się mieszkać w więcej niż jednym dużym mieście w Polsce. W dwóch z nich mieszkała też Jussi. Oczywiście nie jestem ekspertem odnośnie psioprzyjazności polskich miast, doświadczenie jednak mówi mi, że jest tylko jedno tak przyjazne miasto w Polsce. A kiedy to miasto organizuje jeszcze dodatkowo jeden z najpiękniejszych wizualnie festiwali w Polsce… to może to być tylko Łódź.

    Powiem od razu, nie spaceruj z psem wieczorami na Light Move Festiwal. No chyba, że twój pies to taki kieszonkowiec, który mieści Ci się na ręce i w razie wejścia w dziki tłum możesz go bezpiecznie schować pod kurtką. Ale jeśli masz gdzie zostawić zwierza na kilka godzin, połącz przyjemne z przyjemnym, i zwiedź najbardziej niedocenione miasto na zachód od Wisły.

    Oczywiście polecam ci weekendową wizytę w Łodzi, tak, abyś mogła docenić nie tylko sam festiwal ale i całe bogactwo jakie Łódź może zaoferować.

    Plac Wolności w Łodzi z Kościuszką

     

    Po pierwsze: śniadanie

    Śniadaniowa oferta w tym mieście wymiata. Na samym Off Piotrkowska jestem w stanie wymienić ze trzy knajpy, których menu śniadaniowe sprawia, że ślinię się jak Jussi na widok wielkiej kości. Czy pisałam już, że wszystkie trzy są psioprzyjazne, a obsługa, zanim jeszcze poda ci menu, leci już z miską wody dla bestii? Aha, droga Wrocławianko, czy wesz, że w Łodzi filiżanka kawy (herbaty, soku itp.) jest już zawarta w cenie śniadania?

    https://www.instagram.com/p/0Ns5h7Or4J/?taken-by=kamilinski

    Po drugie: spacer

    Ponieważ wieczór psina spędzi w czterech ścianach, trochę dlatego, że tłumy, a trochę dlatego że i tak nie doceni iluminacji na Łódzkim Domu Kultury, trzeba zadbać o to, żeby solidnie wybiegała się za dnia. W niedalekiej odległości od ulicy Piotrkowskiej mamy aż pięć parków, w których można miło spędzić czas ze zwierzakiem. Do moich ulubieńców należą jednogłośnie:

    • parki Źródliska i Źródliska II
    • malutki park Moniuszki
    • park Poniatowskiego

    Mapa łódzkich parków

    W każdym z tych parków znajduje się czynna pompa z wodą, którą można napoić psa. Źródliska są pięknie utrzymanym parkiem. Otaczają muzeum kinematografii, mają piękne polanki, gdzie można solidnie poganiać z psem, potrenować sztuczki czy pobawić się w aport.  Powiem ci w tajemnicy, że w Łodzi pies może być puszczany ze smyczy (musi jednak być w kagańcu) w miejscach, gdzie nie stwarza to zagrożenia, i kiedy pies nas słucha. Plus, parki Źródliska są ogrodzone i na tyle duże, że nie musisz się martwić o to, że pies wybiegnie Ci na ulicę.

    Dodatkowymi atutami Źródlisk są: palmiarnia (tu nie można z psem, ale warto kiedyś przy okazji zajrzeć), i obłędna kawiarnia Tubajka (tu można i z psem i z dziećmi, dzieci mają tu zresztą osobny pokój do zabaw, którego szczerze im zazdroszczę).

    Park Źródliska II jest tuż obok, ten park jest trochę bardziej „dziki”, to znaczy, mimo że równie zadbany, ma trochę inny klimat, nie wydaje się być tak samo ułożony i wypielęgnowany. Przypomina mi nieco moje wyobrażenie o Tajemniczym Ogrodzie z opowieści Frances Hodgson Burnett, kiedy czytałam ją w podstawówce. Nie ma tu żadnych kawiarni ale jest sporo mini wąwozów, gdzie możesz pobawić się w chowanego z psem, albo po prostu rozłożyć koc na trawie i cieszyć się tym, że pies biega wokół ciebie luźno, zupełnie jakbyś miała własny ogród przy domu.

    altana w parku Źródliska

    Alejki parku Żródliska II

    Park Moniuszki to właściwie większy skwer. Skwer z przepięknie odrestaurowaną cerkwią, i widokiem na dworzec Łódź Fabryczna. W zasadzie nic specjalnego, ale park ten lubię szczególnie, ponieważ mieszkałam kiedyś w okolicy, i było to nasze codzienne miejsce spacerów z Jussi. A i może dlatego, że zawsze kiedy mijałyśmy grupkę starszych pań tam spacerujących codziennie wysłuchiwałam komplementów na temat urody Jussi. W tym parku moja sąsiadka codziennie rano z kubkiem kawy w ręku wyprowadzała Chili – młodego owczarka niemieckiego.

    Na końcu opowiem ci o Parku Poniatowskiego. Jest trochę bardziej oddalony od Pietryny, ale nadrabia powierzchnią. Miejsca do biegania jest tu co niemiara, alejki nadają się do jeżdżenia na rolkach czy deskorolce, latem są organizowane naprawdę fajne imprezy. W sezonie wiosenno/letnio/jesiennym można zakupić kawę czy zaopatrzyć się w inne foodtruckowe przysmaki. Do tego jest tu wykopana wielka dziura w ziemi. Latem służy do rowerowych sztuczek a zimą do zjeżdżania na sankach czy pierwszych w życiu narciarskich zjazdów. Nam służyła przede wszystkim do „górskich” aportów (psa trzeba jakoś zmęczyć). W parku Poniatowskiego uczyłam też Jussi wskakiwać na rzeczy (głównie skrzynki elektryczne).

    Jest jeszcze park Sienkiewicza z pomnikiem Plastusia, i park Staromiejski, zwany parkiem Śledzia, na drugim końcu ulicy Piotrkowskiej. Wszystkie równie zadbane, wszystkie oświetlone nocą, wszystkie psioprzyjazne.

    Jussi i Wróbelek Ćwirek

    Po trzecie: obiad

    Jedzenie w Łodzi to temat na osobnego posta. Miejsc, w których na samej Piotrkowskiej można zjeść dobrze, i za adekwatną do jakości cenę jest tyle, że łatwiej będzie mi powiedzieć: gdzie nie wejdziecie, będzie dobrze. Jeśli zdarzy się jeszcze sezon ogródkowy, z psem można zjeść wszędzie. Jeśli ogródków już nie ma, pewniakiem są, po raz kolejny, lokale na Off Piotrkowska, Lokal w pasażu Shillera, burgerownie Jerry’s i Bobbie burger, Niebostan, Włoszczyzna i na pewno wiele innych, których nie miałam okazji przetestować osobiście. Najlepiej wejść i zapytać. Na 80% procent usłyszycie radosne tak :).

    Jedyny minus Łódzkiej gastronomii to obsługa, która chociaż psy kocha całym sercem, tak dbanie o ludzi wychodzi im czasem nieco gorzej. Ale i tak są super uprzejmi, po prostu czasami zapomną jakiegoś zamówienia, albo czas oczekiwania na potrawę wydłuża się w nieskończoność.

    Owoce i warzywa, czyli typowy bar w Łodzi

    Po czwarte: Festiwal

    Najedzeni, wyspacerowani, możemy zostawić psiaka samego, drzemka wejdzie mu na pewno po tylu atrakcjach, a sami możemy udać się w końcu na Light Move Festiwal.

    Do tej pory udało mi się być na trzech edycjach, i nie przesadzam, mówiąc, że każda była zupełnie inna. Połączenie światła i muzyki, jak również instalacje artystyczne za każdym razem robią niesamowite wrażenie. Pozwól jednak, że skupię się tutaj na ubiegłorocznej edycji.

    https://www.instagram.com/p/BZrhWQIlSCG/?taken-by=kamilinski

    Jej motywem przewodnim było „no limits, szlakiem awangardy”, a inspiracją byli nie tylko Kandinsky czy Strzegomski, ale i Dali. Instalacje były skupione wzdłuż ulicy Piotrkowskiej, od Stajni Jednorożców po Manufakturę. Nie będę za dużo rozpisywać się na temat poszczególnych atrakcji, pozwolę zdjęciom opowiedzieć ci resztę. Spodziewaj się w tym tygodniu dwóch galerii, jednej z Festiwalu a drugiej z naszego życia w Łodzi.

    Chociaż zaczęliśmy spacer po Festiwalu od Stajni Jednorożców, ominęliśmy instalację w parku Sienkiewicza i ostatecznie nie zobaczyliśmy jej wcale. Zobaczyliśmy za to instalacje w pasażu Leona Shillera, i dalej, wzdłuż Piotrkowskiej. Potem odbiliśmy trochę na prawo, żeby obejrzeć iluminacje na Łódzkim Domu Kultury i na Soborze św. Aleksandra Newskiego. Tak jak przewidywaliśmy, trzeba było przebić się przez tłumy ludzi, ale naprawdę było warto.

    instalacja "W chmurach"

    pokazy "Dom Kultu" i Salwador Dali

    Po tych wizualnych przeżyciach nadeszła pora na piwo, oczywiście w Piwotece 😉 a potem poszliśmy do Parku Staromiejskiego, zobaczyć iluminacje inspirowane Strzemińskim i Kobro, łódzkimi prekursorami awangardy. Wracaliśmy już ulicą Zieloną, ponieważ zmęczyły nas tłumy entuzjastów Kinetycznej Sztuki Światła, ale oczywiście musieliśmy jeszcze wrócić na Piotrkowską, żeby wymienić się wrażeniami 🙂

    Jussi była po spacerach tak zmęczona, że przywitała nas większym zdziwieniem niż radością.

     

    Jeśli jeszcze Cię nie przekonałam do wizyty w Łodzi, to chyba juz mi się nie uda. W każdym razie polecam i zapraszam serdecznie. Łódź cię nie zawiedzie.

     

    Light move Festival odbywa się w Łodzi od siedmiu lat, zawsze pod koniec lata. Ósma edycja będzie miała miejsce w dniach 28-30 września 2018 roku. Więcej informacji na temat festiwalu możesz znaleźć na stronie lmf2017.lmf.com.pl lub na ich facebookowym profilu LightMoveFestival.

     

     

     

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Czasami nie ma czasu, albo chęci, na weekendowy wypad. Na szczęście mieszkanie w stolicy Dolnego Śląska daje mi i Jussi sporo możliwości mniejszego podróżowania. Dzisiaj opowiem Ci o jednodniowej wycieczce z psem poza miasto, po Wzgórzach Niemczańsko-Strzelińskich, jaką zrobiłyśmy w pewną pochmurną, czerwcową sobotę.

    Plan był prosty – wsiadamy w pociąg w sobotę rano, dojeżdżamy do stacji w Henrykowie i wędrujemy pieszo do stacji w Białym Kościele, podziwiając po drodze widoki i ciesząc się świeżym powietrzem i przyrodą.

    Przy okazji chciałam przetestować instagramową funkcję opowiadania historii, więc poniżej znajdziesz również zdjęcia, z jakich przez cały dzień tworzyłam historię.

    Nie chcem, ale muszem (bo pies patrzy)

    Wiesz co działa motywująco? Kiedy budzisz się rano i widzisz, że za oknem chmury a pogoda w telefonie sprzedaje Ci informację, że maksymalna temperatura dzisiaj to 15 stopni. A do tego mżawka. No ale przecież obiecałam piesełowi, a ona stoi przy łóżku i straszy tymi oczami i tą radosną paszczą, więc zabieram się za robienie śniadania, pakowanie plecaka. Potem bieg na tramwaj.

    W plecaku miałam niewiele: aparat fotograficzny (w którym karta z jakiegoś powodu przestała działać, więc pełnił tylko wdzięczną funkcję ciężaru). Polar z Lidla, który miał mnie chociaż trochę ochronić przed deszczem (ciągle nie miałam jeszcze porządnej kurtki przeciwdeszczowej), psie ciastka, dwie kanapki zrobione dzień wcześniej (brawo ja!), coś słodkiego, wodę, i, oczywiście, mapę.

     

    Punkt drugi – dojazd

    W tramwajach pies musi mieć na sobie kaganiec. We Wrocławiu, pies musi mieć nawet bilet (ulgowy podobno). Jussi, kiedy zmuszona jest nosić na pysku zło, wchodzi grzecznie do tramwaju, po czym kładzie się na środku wagonu tak, że nie sposób jej przesunąć, i patrzy na mnie z wyrzutem przez całą drogę. Na szczęście o 8 rano w sobotę prawie nikt nie podróżuje komunikacją miejską więc można spokojnie blokować przejście.

    Pod PKP kolejka do biletomatów jest mała, więc kupujemy bilet dla mnie (11,7 zł), dla psa (4,5 zł) i lecimy na peron.

    W pociągu Jussi grzecznie leży, jest tylko odrobinę zaniepokojona. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że aparat nie działa, ale cieszę się, bo znalazłam powerbanka w bocznej kieszeni plecaka – można robić zdjęcia, jesteśmy uratowane!

    Na co mi to było?

    W Henrykowie wysiadamy na dworcu PKP, który jest nieco oddalony od centrum miejscowości. Ponieważ przed nami prawie pięć godzin marszu, darujemy sobie zaglądanie do parku w Henrykowie i zostawiamy tą atrakcję na czas, kiedy będziemy tędy przejeżdżać autem, bo podobno warto.

    Kierujemy się zatem niebieskim szlakiem w stronę Raczyc i dalej na Witostowice.

    Po drodze podziwiamy panoramę dolnośląskich miasteczek, która ma w sobie coś magicznego – wieże kościołów i pofalowany teren. Chciałabym tutaj zauważyć, że gmina strzelin wspaniale zadbała o oznaczenia szlaków. Tablica z siatką szlaków jak i informacja z czasem dojścia wisiały w każdym punkcie orientacyjnym, co bardzo ułatwiało rozeznanie się w terenie.

    W Witostowicach na przystanku autobusowym z jakiegoś powodu znajduje się popiersie dalmatyńczyka. A, no i jest tam dziewiętnastowieczny zamek na wodzie, który, jak się okazuje, możecie mieć na własność.

     

     

    Po krótkiej sesji zdjęciowej wśród maków i innych polnych kwiatów, wchodzimy do lasu. Słychać tam piły spalinowe towarzyszące wycince drzew, więc trzymamy się z Jussi szlaku. Zaraz po wejściu do lasu, mijamy zabytkową kapliczkę, która jest otwarta, więc można zajrzeć do środka, albo schronić się przed deszczem.

    Drwa rąbią, aż wióry lecą w tym lesie. Jussi lubi sobie poskakać po pniach ułożonych przy leśnej drodze. Ja nie lubię patrzeć na butelki po oleju porozrzucane na ścieżce. Swoją drogą, ptaki robią niezłą konkurencję drwalom. Czasami w lesie jest głośniej niż w centrum Wrocławia.

    Gdzie te piękne widoki, panie Google?

    Mijamy kolejną kapliczkę i docieramy do Nowolesia. W miasteczku trwa odpust (chyba), więc przemykamy ukradkiem między zmierzającymi na mszę i bierzemy azymut na Nowoleską Kopę. Na samej górze ja próbuję zrobić jakieś ładne zdjęcie (ale jest mokro, pochmurno i ciągle mży) a Jussi zajada się trawą. Próbuję też wrzucić coś na insta, ale nie ma tu zasięgu.

    Schodząc z Nowoleskiej Kopy gubimy się tylko jakieś trzy razy, ale za to w drodze na skrzyżowanie nad wąwozem Pogródki mamy czas zjeść obiad. Las tutaj jest ciut mniej gęsty ale równie głośny jak poprzednik. Robi się też zimno, a po drodze dwa razy przeskakujemy przez rzeczkę. Tutaj jest trochę problem z oznakowaniem (albo z moją spostrzegawczością), więc trzeba być uważnym.

    Po chwili znajdujemy sielankowe miejsce, z hamakiem nad brzegiem rzeczki, lampionami, i gospodarstwem, które wygląda jak marzenie pod tytułem “rzucam pracę w korpo i jadę paść owce”. Niestety było mi zbyt zimno, żeby pochillować w hamaku, czego strasznie żałuję, bo gospodarstwo wydawało się puste. W cieplejsze dni byłoby to idealne miejsce na poobiednią drzemkę.

    Jeszcze trochę drogi przez las, następnie mijamy kopalnię granitu, która mi kojarzy się w tym momencie tylko z ogromnymi kałużami i przeprawą przez jeżyny. Moje stare Rebooki są już tak mokre (pro-tip: nie bierz dziurawych butów do biegania na spacer przez lasy i mokre trawy), że w butach mi chlupocze. Kolejny raz wchodzimy do lasu, omijamy duży zbiornik wodny (staw? jeziorko? kałuża?) i nie gubimy się tylko dlatego, że drzewa, na których było oznakowanie szlaków, nie zostały jeszcze sprzątnięte ze szlaku po wycince.

    Ostatnie wyjście z lasu

    Jussi udaje się znaleźć staw rybacki, w którym decyduje się popływać (na szczęście nikt akurat nie wędkował, więc nasz wybryk pozostał niezauważony). Obchodzimy jeszcze jezioro w Gębczycach, które niechybnie odwiedzimy jak już będzie trochę cieplej bo wygląda na czyste i jest całkiem duże.

    Za gębczycami wita nas Biały Kościół, ale uwaga! Stacja PKP jest położona kawałek drogi od miejscowości, a po ponad 16 kilometrach spaceru, wydaje się to być droga niemożliwa do pokonania. W związku z tym ucieka nam pociąg i czekamy jeszcze prawie godzinę na następny.

    Na stacji PKP we Wro już klasyka: kawa w Starbucksie i tramwaj do domu. Jesteśmy na miejscu około siedemnastej.

    Masz też tak, że czasami bardzo ci się nie chce, sobota rano, pogoda nie taka jak powinna być, nie masz odpowiedniego sprzętu, rzeczy się psują albo gubią, ale mimo to zmuszasz się, by działać? I chociaż nie masz potem idealnych wspomnień, no bo przecież mokra i zmarznięta i trochę głodna i z odciskami, to jesteś z siebie niesamowicie dumna, że nie dałaś lenistwu za wygraną?