Tag: Góry Stołowe

  • Schronisko na Szczelińcu to dla mnie miejsce magiczne

    Schronisko na Szczelińcu to dla mnie miejsce magiczne

    Generalnie schroniska górskie to dla mnie oazy spokoju, miejsca gdzie moja głowa odpoczywa, gdzie wysypiam się nawet na niewygodnym materacu, alkohol nie uderza do głowy, jedzenie smakuje jakoś lepiej. Ale czy da się spokojnie przenocować z psem w schronisku górskim? I do tego psem tak dużym jak Jussi?

    Ale Schronisko na Szczelińcu… lubię tam wracać.

    Po raz pierwszy nocowałam tam w sierpniu 2019 roku, podczas wymuszonego bezrobocia, w środku naprawdę stresującego lata. Znalazłam bardzo fajną trasę (może powinnam przemianować tego bloga, na: iloma ścieżkami da się wejść na Szczelniec) wzięłam Jussi, plecak, i ruszyłam.

    https://www.instagram.com/p/B1UUE4gjnLD/

    pierwsze piwo na wejście

    Zaraz po wejściu na szczyt zamówiłam sobie zimne piwo usiadłam na tarasie widokowym i… niechcący wylałam całą butelkę. Poszłam kupić zatem drugie, które, chyba z litości, dostałam zupełnie za darmo. Zachód słońca był wtedy obłędny, a dodatkowo poznałam innych traperów, z którymi spędziłam naprawdę przyjemny wieczór przy dźwiękach gitary.

    Tej zimy, kiedy już udało mi się wspiąć na samą górę (wiwat raczki!), koło trzeciej po południu, też od razu uderzyłam do baru. Wzięłam klucze do pokoju (okazało się że 8 osobowy pokój został zarezerwowany tylko dla mnie i Jussi), kupiłam piwo, zrzuciłam plecak i poszłam kultywować moją osobistą tradycję pierwszego piwa na tarasie widokowym.

    widok ze szczelińca

    Tym razem udało mi się go nie wylać, ale było tak zimno, że prędko wróciłam do ciepłego pomieszczenia. Jussi była padnięta więc zostawiłam ją w pokoju, żeby mogła sobie odpocząć. Na szczęście Jussi to pies, który jest w stanie zostać sam w nowym pomieszczeniu, zwinąć się w kłębek i uciąć sobie słodką drzemkę.

    co zrobić z psem w schronisku górskim?

    Od razu uprzedzę twoje pytania: Jussi, jako wzorowy labrador, nie jest w stanie odpocząć na stołówce, ze względu na jedzenie, które jest dookoła spożywane. Na stołówce wchodzi ona w tryb psa pracującego, i żebrze u każdego kto je. Dlatego na salę biorę ją wtedy, kiedy większość „przelotowych” turystów zacznie schodzić na dół, a turyści zamiast spożywać posiłków zaczynają grać w gry, rozmawiać, śpiewać.

    Przy czym ja też lubię mieć czas dla siebie, więc bardzo doceniam fakt, że mogę bez obaw zostawić ją samą. Nie wiem, jak mi się udało ją tak wychować. Możliwe, że kilka przeprowadzek i podróży utwierdziło ją w przekonaniu że nie ważne gdzie, a z kim. Ja w tym czasie biorę książkę, dokańczam piwo i chłonę atmosferę schroniska górskiego. Uwielbiam czytać w tym gwarze, zapachach, bez zasięgu sieci telefonicznych, rozpraszaczy.

    piwo w schronisku na szczelińcu i Kindle

    Po chwili (czyli kilku przeczytanych rozdziałach), przysiadła się do mnie para. Położyli plecaki, a dziewczyna poszła do baru zamówić jedzenie. Po kilku chwilach wraca szczęśliwa, i mówi swojemu chłopakowi że będzie bardzo zadowolony, bo są wolne miejsca, ale to nie wszystko. Otóż, nie żartuje, będą nocować w pokoju z psem! Podobno jest tam jakaś dziewczyna i jej pies a tak poza tym pokój jest cały pusty.

    i wspaniałe zbiegi okoliczności

    Tak, okazało się że nocujemy w tym samym pokoju. Jussi oczywiście dostała dzięki temu trzy razy więcej czochrasów niż zazwyczaj, oraz trochę kabanosów i konserwy z puszki (oczywiście za moją zgodą).

    Zachód słońca tamtego wieczora okazał się, jak zawsze na Szczelińcu, obłędny, i chociaż było też obłędnie zimno, udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć. Nie będę zatem psuć go nieudolnymi opisami, zapraszam do oglądania.

    zachód słońca na szczelińcu
    zimowy zachód słońca na szczelińcu
    zachód słońca w górach stołowych

    Do tego wieczorem okazało się, że obsługa zrobiła za dużo gorącej czekolady, i tym sposobem każdy dostał po kubku tego pysznego napoju (tak, wiem, że cieszę się tym faktem trochę za bardzo)

    Resztę wieczoru spędziłam czytając „Złego”, pijąc gorącą czekoladę i chłonąc atmosferę schroniska górskiego, oraz planując drogę w dół, która, nie żartuję, okazała się najbardziej malowniczą trasą jaką do tej pory szłam w górach. Ale o tym, następnym razem…

  • W poszukiwaniu zimy

    W poszukiwaniu zimy

    Napisałam już raz tą relację o wyprawie w poszukiwaniu zimy. Zaraz po powrocie z gór. Niestety, komputer zamarzł, program przestał działać, zniknęło bezpowrotnie. Próbuję więc po raz kolejny, z nieco inną perspektywą. Jeśli to czytasz, tym razem się udało.

    Bardzo lubię moje życie w mieście, moje mieszkanie, pracę, wytarte ścieżki.

    Ale czasami po prostu muszę rzucić wszystko i pojechać w góry. Nie, nie w Bieszczady. Bieszczady nie wpuszczają psów, no i są za daleko. Na szczęście niedaleko Wrocławia jest kilka pasm górskich, które nie dość, że są psiolubne, to jeszcze dostępne komunikacją publiczną.

    I tak oto, po raz kolejny pojechałam w Stołowe

    Kiedy odwiedzałam je po raz pierwszy [tutaj poczytasz jak ogarnąć taką wyprawę, a tutaj możesz zobaczyć jak tam jest w lecie], wybrałam się tam samochodem. Miałam wtedy wrażenie, że nie da się inaczej dojechać do Stołowych, zwłaszcza, jeśli ma się tylko dwa dni weekendu. O, jak ja się myliłam. Jak ja lubię tak bardzo się mylić!

    Dojazd do Gór Stołowych pociągiem po raz pierwszy przetestowałam w sierpniu, będąc na bezrobociu, ale to mam nadzieję opisać w innym poście.

    Tym razem, chodziło mi głównie o śnieg i zimę. Tak, w tym roku temperatura we Wrocławiu nie schodziła poniżej 0 stopni, śniegu nie było nawet przez chwilę, i generalnie wrażenie było bardzo przytłaczające. Poszukiwanie zimy stało się dla mnie priorytetem.

    Jednego tygodnia w pracy, siedząc jak na szpilkach, postanowiłam: nie ma na co czekać, jedziemy!

    Jeden mail do schroniska na Szczelińcu i już wiedziałam, że gwiazdy ułożyły nam się pomyślnie i kosmos wie, jak bardzo tego potrzebuję. Mieli wolne miejsca, dla mnie i dla Jussi!

    Szczerze mówiąc, nie przygotowywałam się jakoś mocno do tego wyjazdu. Mimo, że ostatnio ciężko było mi wpasować wyprawy w góry w mój kalendarz, mam już swój własny, opracowany zestaw.

    Jeden tylko sprzęt musiałam pożyczyć – raczki. Raczki są ważne. Mój poprzedni tekst mógłby się nazywać oda do raczków, tak bardzo byłam pod wrażeniem tego niepozornego, a jakże ważnego sprzętu. Raczki polubiłam tak bardzo, że nawet po powrocie uszyłam im specjalny pokrowiec (chcesz instrukcję?)

    Tak, raczki…

    ale o czym ja to?

    Aha, w środę napisałam do schroniska, w piątek wieczór pobieżnie sprawdziłam trasę, a w sobotę rano siedziałam już w pociągu do Kudowy Zdrój, z plecakiem, herbatą, czekoladą i, oczywiście, z Jussi.

    Pociąg był pełen, bo przecież ferie w pełni. Na szczęście Jussi miała jak się schować pod siedzenie. I tak jechałyśmy szukać zimy.

    Teraz mogłabym Ci skłamać i rozpocząć opis trasy ale po co? Wiedz, że leniuchy też mogą chodzić po górach.

    Tego dnia spacer przez Kudowę wydawał się nużący i bez sensu. Tak, miasto jest malownicze, ale nie wtedy, kiedy jak najszybciej chcesz uciec w dzicz. Na stacji PKP więc poprosiłam przemiłego pana taksówkarza o podwózkę do Jakubowic. Nie miał problemu z psem w aucie, i tak oto zaoszczędziłam co najmniej pół godziny.

    Za to w Jakubowicach od samego początku szlaku czekał na nas śnieg. Jak już nie raz się żaliłam, pierwsze podejście jest najgorsze, ale nie powiem, zimowa aura umilała mi znacząco pierwsze kroki.

    Jak tylko skończyły się zabudowania pozwoliłam Jussi odrobinę pobiegać. Mogłam to zrobić bo nie byłyśmy jeszcze na terenie parku narodowego a z Jussi znamy się na tyle, że wiem, że nie pogoni za żadną sarną czy lisem. W nowym terenie Jussi trzyma się ścieżki i mnie, że aż miło. A ile frajdy miała z biegania po śniegu i lesie!

    Droga z Kudowy na Szczeliniec jest bardzo prosta. Idzie się po prostu czerwoną trasą. Góry Stołowe są też bardzo dobrze oznaczone, więc nie przestraszyłam się tym, że jak się okazało, zapomniałam wziąć ze sobą mapę.

    Trasa z Jakubowic na Szczeliniec ma jakieś 10 kilometrów, co daje około 3,5 godziny spaceru. Według pana taksówkarza rano było sporo ludzi, ale kiedy ruszyłam koło 11, na trasie nie było nikogo.

    Dopiero w okolicach Błędnych Skał zaczęłam spotykać pierwszych turystów. I tak było ich bardzo mało w porównaniu z tym, co dzieje się tam latem. Dzięki śniegom górny parking był zamknięty, więc i żądnych wrażeń zmotoryzowanych turystów było mniej.

    Chociaż trasa była bardzo przyjemna, ja najbardziej na świecie tęskniłam za tym momentem, kiedy zmęczona zrzucam plecak w schronisku, piję zimne piwo i czytam książkę. Naprawdę nie potrafię ci wytłumaczyć dlaczego lepiej mi się czyta po tym, jak przemaszeruję 10 km pod górę w śniegu i mrozie, ale chyba nawet nie chce mi się z tym walczyć.

    Wszystko szło dobrze, a ja trochę wątpiłam, czy w ogóle warto było pożyczać raczki na tą wyprawę dopóki nie zaczęły się one…

    Schody na Szczeliniec

    Jeśli nie wiesz, od Karłowic na schronisko prowadzą schody. Takie wyciosane w kamieniu schody. Trochę strome ale bez przesady, są naprawdę dobrze zakonserwowane. Owszem, były ośnieżone, ale co tam dla mnie taki śnieg. Nie wiem czy jest to powód do dumy, ale od lat nie zdażyło mi się poślizgnąć i upaść na śniegu czy lodzie. Mam naprawdę porządne poczucie równowagi.

    No więc owszem, ostrożnie i z szacunkiem, ale jednak bez raczków zaczęłam wspinać się po tych schodach. Pierwszych kilka stopni było ok, trochę ślisko ale taki mamy klimat.

    Wtem nagle… Jussi ześlizgnęła się ze stopnia, a ja za nią! Dobrze że mocno trzymałam się poręczy, bo tylko lekko nadwyrężyłam sobie bark, a mogłam stracić wszystkie zęby.

    Sceptycznie, ale raczki poszły w ruch. W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałam się tego, jak duży komfort te niepozorne raczątka mi zaoferowały. Z uśmiechem politowania i przerażeniem w oczach mijałam od tej pory wszystkich turystów, którzy schodzili ze Szczelina w najzwyklejszych zimowych butach, nawet nie w traperach!

    A, no i oczywiście po wejściu na szczyt zadzwoniłam chyba do wszystkich znajomych z pieśnią pochwalną na temat raczków.

    Tak, ten wspin to był zdecydowanie ich wielki triumf.

    Co do piwa na szczycie, zachodu słońca i noclegu, pozwolisz, że opowiem ci o tym w osobnym tekście…

  • Niedzielny spacer w czeskim skalnym mieście

    Niedzielny spacer w czeskim skalnym mieście

    Od 28 kwietnia Koleje Dolnośląskie wprowadzają nowe połączenie weekendowe: Wrocław – Adrspach (Skalne Miasto). Jest to zatem idealna okazja, żebym opowiedziała ci o naszym leniwym jesiennym wypadzie do Skalnego Miasta właśnie, które jest też super psioprzyjazne.

    Ponieważ było to jesienią zeszłego roku, kiedy miałam jeszcze do dyspozycji moje ukochane Renault Clio, decyzję o wyruszeniu za miasto mogłam podjąć w każdej chwili. Tak też było tym razem. Po śniadaniu stwierdziłam, że bez sensu jest marnować taki piękny jesienny dzień w mieście i wyruszyliśmy.

    jeziorko w dawnej piaskowni

     

    Kilka informacji praktycznych – czym, jak, za ile

    Autem do Skalnego Miasta jedzie się około dwie godziny, trasa zresztą, jak zawsze na Dolnym Śląsku, jest przepiękna. Koleje Dolnośląskie obiecują dotrzeć tam w niecałe trzy godziny, zatrzymując się po drodze w Wałbrzychu i czeskim Mezimesti. Pociąg będzie odjeżdżać z Wrocławia o 5:46 i docierać do Adrspach o 8:45. Koszt to 48 zł w dwie strony z Wrocławia (bilet ważny jest dwa dni).

    W tej cenie można zatem odwiedzić tez Skalne miasto w Teplicach, dzisiaj jednak skupię się na samym Adrspach.

    My do Skalnego Miasta dojechaliśmy po godzinie 13, więc nie mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie, ale wystarczyło, żeby przejść główną trasę, zajęło nam to około 3 godzin.

    Bilet do Skalnego Miasta to 70 koron czeskich dla dorosłego i 10 dla psa, co daje w sumie jakieś 13 złotych. W cenie biletu dla psa dostajesz też papierowy worek na kupę (mówiłam, że jest psioprzyjaźnie)

    Jussi sie cieszy, bo wie że posprzatamy

    Wielki pożar i trochę (pre)historii

    Spacer zaczęliśmy od kasy biletowej II, która mieści się przy jeziorku. Jezioro zostawiliśmy sobie jednak na sam koniec, i ruszyliśmy główną trasą spacerową.

    Powiem szczerze, te gigantyczne kamienie wyrastające nie wiadomo skąd robią ogromne wrażenie ale czasami trzeba się nieźle nagłówkować, żeby zauważyć skąd pochodzą ich nazwy. Same formacje należą do znanych nam dobrze Gór Stołowych i powstały z górnokredowych piaskowców. Jest to też bardzo popularny teren do wspinaczki.

    Co ciekawe, tak naprawdę szlaki spacerowe zawdzięczamy wielkiemu pożarowi lasu z roku 1824, który to w kilka tygodni zniszczył prawie cała roślinność leśną i pozwolił na stworzenie ścieżek.

    nie znam niemieckiego, weic mozliwe ze tu mowia o porzaze, a mozliwe ze o powodzi

    Twoje konto na Instagramie będzie zadowolone

    Szlak nie sprawia żadnej trudności, powiedziałabym nawet, że jest to trasa spacerowa. Jedyne, na co trzeba zwrócić uwagę, to schody, których jest tam trochę. Jeśli twój pies jest starszy, lub bardzo mały, jest szansa, że będzie dla niego problemem zdobycie tylu stopni.

    Jussi schody lubi i wchodzi na nie z przyjemnością, a schodzi w szaleńczym tempie. Przyciągała też uwagę turystów, ponieważ co chwilę wskakiwała na jakieś kamulce albo korzenie i miała sesję zdjęciową. Zresztą, jestem pewna, że gdyby mogła, przewąchałaby solidnie wszystkie skalne zakamarki.

    na szczescie nie mamy lęku wysokości

    Co do zdjęć, jeśli marzą ci się zdjęcia na których wyglądasz, jakbyś była na szczycie świata, ale masz lęk wysokości – jedź do Skalnego Miasta. Możesz tutaj wyczarować naprawdę piękne wrażenie, że się nawspinałaś co niemiara.

    Cała trasa liczy sobie 20 punktów widokowych, przy których warto się zatrzymać na dłużej. Moimi ulubionymi były zdecydowanie: Słoniowy Rynek, gdzie udało mi się wypatrzyć skalną trąbę słonia, Wielki Wodospad koło Popiersia Goethego i Punkt Widokowy na Starostę.

    Bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie też napisy wyryte w skałach. Widać, że są bardzo stare, a jaką piękną czcionką pisane!.

    wandale

     

    Gofry czy knedliki?

    No i najważniejsze! To znaczy nie dla mnie najważniejsze, a dla mojego towarzysza podróży – na trasie można zjeść gofry! (oscypki też, jakby ktoś wolał) plus można zapłacić polskimi złotówkami. Niestety, kompletnie nie pamiętam, ile taki gofr kosztował. Przy wyjściu ze Skalnego Miasta znajdują się też pawilony z jedzeniem, ale jestem pewna, że w samym Adrspach można zjeść prawdziwy czeski obiad i popić go pysznym piwem za niewielkie pieniądze.

    to ja przed przewą na gofry

    Na sam koniec zostawiliśmy sobie jeziorko powstałe w starej piaskowni. Jest tu jeszcze jedno jeziorko, na którym w sezonie można za 50 koron (czyli niecałe 10 zł) popłynąć w rejs 😉

    Wiesz co? Nie powiem ci już nic więcej o tym Skalnym Mieście. Spodziewaj się, że przetestuję w tym roku ofertę Kolei Dolnośląskich i jeden weekend poświęcę na dwa czeskie skalne miasta. A tymczasem łap zdjęcia tutaj i w galerii. I kupuj bilet na pociąg, bo warto!

     

     

     

     

     

     

    ZapiszZapisz

  • Góry stołowe – jak zorganizować wyprawę

    Góry stołowe – jak zorganizować wyprawę

    Cześć, dzisiaj znajdziesz tu wszystkie informacje potrzebne do samodzielnego zorganizowania weekendowej wyprawy w Góry Stołowe. Jeśli o czymś zapomniałam, koniecznie daj mi znać w komentarzach. Jednocześnie pamiętaj proszę, że bazuję na własnych doświadczeniach, ceny są orientacyjne, a trasy można układać wedle własnych upodobań.

    Jak mogę dotrzeć w Góry Stołowe?

    Nie będę kłamać, najłatwiej jest podróżować samochodem. Jeśli jednak nie masz takiej możliwości, poniżej znajdziesz informacje, jak zorganizować dojazd w inny sposób:

    • Z centrum Wrocławia do Pasterki jest dokładnie 138 kilometrów, to około 2 godziny jazdy samochodem. Tutaj możesz sprawdzić trasę.
    • Pociągiem można dojechać połączeniem do Ścinawki Średniej, z jedną przesiadką w Wałbrzychu. Czas: 2h 40 minut. Koszt: około 30 zł. Ze Ścinawki do Szczelińca i do Pasterki można dojść pieszo w cztery i pół godziny.
    • Autobusem: z wrocławskiego PKSu jedzie autobus do Karłowa, droga trwa ponad 3h, a jedna przesiadka jest w Kłodzku. Niestety nie wiem ile może kosztować bilet.

    Ile to może kosztować?

    Całość weekendowego wypadu wyniosła mnie w sumie 207,5 zł. Jak widać poniżej, nie oszczędzałam przesadnie, nie odmawiałam sobie też małych przyjemności. Jedyne czego nie liczę, to karma i przysmaki dla psa, bo wykorzystałaby je i tak, nawet gdybyśmy ten weekend spędziły w domu.

    Paliwo: około 60 zł
    Prowiant: około 20 zł (klasyk: kabanosy, owsianka instant, gorący kubek, woda, czekolada)
    Jedzenie na miejscu (tym razem poszalałam):
    pierogniew – 8,50 zł
    dwa piwa – 16 zł
    smazony syr – 99 KC
    kofola – 4 zł
    jajecznica na śniadanie – chyba 8 zł
    chleb ze smalcem – 5 zł

    kawa na śniadanie – 6 zł
    kawa w Radkowie – 6 zł
    piwo na Szczelińcu – 12 zł
    lody gałkowe na Szczelińcu – 4 zł
    Atrakcje:
    Skalne Miasto – 7 zł
    Błędne Skały – 7 zł (ja nie kupiłam biletu, ale warto wiedzieć)
    nocleg – 35 zł (pies za darmo)

     

    Jak dokładnie wyglądała moja wycieczka?

     

    Trasa dzień Pierwszy

    Przejście z Pasterki do Przełęczy pod Szczelińcem Wielkim –  1h 20 minut

    Wycieczka przez Skalne Miasto zabrała nam ponad 2h 30 minut

    Przejście przez Karłów i zwiedzenie Fortu Karola – ponad godzinę

    Powrót z Fortu Karola do Pasterki – 1h 30 minut

     

    Trasa dzień drugi

    Droga z Pasterki do Ostrej Góry – 50 minut

    Przejście przez Ostrą Górę i droga na Błędne Skały  – 1h 20 minut

    Spacer do Machovskiej Lhoty  – 1h 20 minut

    Zwiedzanie Machova i przerwa na obiad –  2h 40 minut

    Powrót do Pasterki – około godzinę

     

    Jak widzisz, nie jesteśmy mistrzyniami prędkości, jestem przekonana że spacer z małym dzieckiem zająłby podobną ilość czasu. Jeśli masz jeszcze jakieś pytania organizacyjne, daj znać w komentarzach, chętnie pomogę!

  • Góry Stołowe – galeria zdjęć z wyprawy

    Góry Stołowe – galeria zdjęć z wyprawy

    Czołem!

    Jeśli opowieść o Górach Stołowych pozostawiła u Ciebie odrobinę niedosytu, zapraszam do mojej galerii. Kliknij po prawej stronie zdjęcia powyżej, żeby zobaczyć następne.

    Starałam się zachowywać chronologię i nie przesadzać z ilością zdjęć psa (chociaż Jussi jest taaaka słodka przecież).

    Daj znać jak się podobało!

     

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile “wolności”.

    Należy pamiętać, że zgodnie z polskim prawem, pies w parkach narodowych i lasach nie powinien być puszczany luzem.

    Do zobaczenia za parę dni, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila

  • Góry Stołowe – najbardziej hipsterskie góry w Polsce

    Góry Stołowe – najbardziej hipsterskie góry w Polsce

    Szczeliniec jest jednym z dwóch schronisk w Polsce, do którego nie dojedziesz samochodem. Towary do schroniska transportowane są specjalną windą towarową. Mimo to, możesz tam napić się Wrocławskiego, kraftowego piwa. Takie właśnie są Góry Stołowe: trzeba na nie zapracować, ale kiedy już się tam znajdziesz, czujesz się jak w domu.

    Radków, czyli od teraz płatność tylko gotówką

    Naszym pierwszym przystankiem był Radków, położony około 120 km od centrum Wrocławia, czyli jakieś dwie godziny jazdy samochodem. Miasteczko jest malutkie, ma uroczy rynek. W rynku jest bankomat. To ważne, bo w Górach Stołowych płacić można tylko gotówką. Z Radkowa zapamiętałam tyle, że było gorąco, więc spacer wokół renesansowego ratusza był bardzo krótki.

    Do Schroniska Pasterka można dojechać autem bez większych problemów. Część drogi wiedzie przez poetycko nazwaną Drogę Stu Zakrętów. Jest to trasa wiodąca od Radkowa przez Karłów po Kudowę, której różnica wysokości między najniższym i najwyższym punktem wynosi ponad 400 metrów przy długości 23 kilometrów. To dużo, zwłaszcza jeśli jedzie się ponad dwudziestoletnim autem. Droga wiedzie przez las, więc o pięknych widokach nie może być mowy, za to emocje zapewniają wielkie głazy, które raz na jakiś czas wyrastają na zakrętach.

    Góry Stołowe – niby góry, a płasko

    18 kilometrów, trochę ponad pół godziny i ze dwa zawały serca później, jesteśmy już w Pasterce. Schronisko należy do PTTK, a jest prowadzone przez grupę młodych osób, które dużo pracy włożyły w to, aby podróżnik mógł czuć się tutaj jak u siebie. Pokoje są wyremontowane i czyste, łóżka i szafki na rzeczy – nowe. Psiaki nocują za darmo. Najlepsze jest jednak to, co poza Pasterką, no bo czy jest coś lepszego niż jedzenie pierogniewa i picie piwa z widokiem na Szczeliniec takim, jak ten?

    zastrzegam, że balona może nie być podczas waszego pobytu

    Jedną z fajniejszych rzeczy tutaj jest to, że niby góry, a płasko. Spacerowałyśmy więc albo po bajecznie zielonych łąkach na których różnice wysokości były niewielkie, albo wspinałyśmy się po wielkich kamieniach, które razem tworzyły strome wejścia. Aby dojść na Szczeliniec wybrałam szlak żółty, krótki ale zupełnie dziki, nie ma tam schodów, barierek czy poręczy. Za to na wejściu zachęca nas do powrotu Pasterkrowa, dobrze, że nie wspomnieli o tym, że mają burgery w menu, bo kto wie czy bym nie zawróciła.

    W deszczowy dzień pewnie przeklinałabym to wspinanie się po skałach, ale że pogoda była piękna byłam zachwycona. Jussi skakała po kamieniach jak kozica, ale mniejszy pies pewnie potrzebowałby pomocy z wejściem na niektóre z nich. Sama droga nie powinna zająć więcej niż godzinę, no chyba, że tak jak ja, każecie psu pozować na co drugim kamieniu i co dwa metry oglądacie się za siebie żeby podziwiać widoki. Na sam szczyt dochodzimy już schodami, które łączą schronisko z parkingiem położonym niżej.

    Szczeliniec… lody, gofry i piwo z Browaru Stumostów. A, no i widoki.

    Panorama na Sudety jest nieziemska, nie trzeba nawet wchodzić na platformę widokową, bo ze stolików na zewnątrz schroniska już i tak można się nieźle napatrzeć. Po małej przerwie ruszamy ścieżką turystyczną Parku Narodowego Gór Stołowych „Skalne Miasto”. Panie z kasy częstują Jussi jabłkami, a ja dopytuję się, czy nie ma tam jakiś drabiniastych podejść. Nie ma. Wchodzimy.

    Małpy, konie i wielbłądy

    Drabiniastych podejść nie ma, ale jest kilka platform widokowych do których prowadzą metalowe schody ze stopniami z kratki. W upale mogą być gorące, więc uwaga na psie łapki. Pierwszymi atrakcjami są formacje skalne przypominające małpoluda i wielbłąda, ale prawdziwa zabawa zaczyna się kilka metrów dalej. Chodzi o zejście do przesmyku pomiędzy skałami, gdzie ciągle leży śnieg, a schody są wilgotne i wytarte tysiącami stóp, z przyczepionym na smyczy do ciała labradorem, który ze schodów nie schodzi, a zbiega. Podobno na dole było zimno, mi tam było gorąco. Aha, jeśli wasz pies nie umie grzecznie schodzić po schodach, zastanówcie się, czy zależy wam na tej atrakcji. Jussi na szczęście reaguje na komendę stop, więc bardzo powoli, ale z sukcesem udało nam się przejść całość bez ani jednego upadku.

    Potem jest tylko lepiej, po drugiej stronie Szczelińca znajdują się dwa tarasy widokowe. Przepiękne widoki, i radość z przeżycia, czy trzeba czegoś więcej?

    Co tu robią dinozaury?

    Ze „Skalnego Miasta” kamienne schody i kładki w lesie prowadzą nas do Karłowa. Jednak pierwsze co widzimy po zejściu to… szyje dinozaurów. Okazuje się bowiem, że tuż pod wejściem na Szczeliniec zainstalował się Park Dinozaurów. Przez chwilę kusiło mnie, żeby zapoznać Jussi z tymi prehistorycznymi, majestatycznymi stworzeniami, ale chęć na kromkę chleba ze smalcem wzięła górę.

    Stolica górskich przewodników

    Karłów to malutka wioseczka, w której znajduje się ogrom pensjonatów i alejka z badziewiem rodem z Zakopanego. My zaś wzięłyśmy na cel fort Karola, oddalony od Karłowa o jakieś 20 minut spacerem. Zupełnie nie rozumiem dlaczego nikogo tam nie było, bo widok na Szczeliniec jest tam absolutnie genialny. Mam wrażenie, że miejscowi lubią się tam wdrapać i zrelaksować w tych pięknych okolicznościach przyrody.

    Sam Fort był częścią twierdz broniących drogi do Radkowa. Za zasługi przy budowie, sołtys Karłowa, Franz Pabel, został pierwszym w historii mianowanym przewodnikiem górskim, z prawem pobierania opłat.

    Szlak z Karłowa do Pasterki to droga przez łąki, rodem z tapety Windowsa XP. Spacer trwa niecałą godzinę ale trzeba uważać na oznaczenia, bo można się zgubić wśród tych zielonych łąk.

    Pierwszy dzień zakończyłyśmy powrotem do Pasterki, zjedzeniem pierogniewa (taki pieróg z nadzieniem, tylko ogromny) i podziwianiem Szczelińca.

    Błądzenie po Błędnych Skałach

    Następnego dnia wyruszyłyśmy na Błędne Skały. Trasa została obrana w taki sposób, żeby nie idąc dwa razy tym samym szlakiem, wrócić do Pasterki, gdzie czekało na nas auto. Zaczęłyśmy więc od szlaku zielonego, którego większość jest przyjemnie zacieniona drzewami, spacer trwa około 80 minut, a wyzwaniem może być tylko jeden fragment trasy, który prowadzi zboczem z wystawą południową, na którym nie ma zbyt wielu drzew i idzie się w słońcu.

    Wcześniej jednak mija się miejsce, w którym kiedyś była osada Ostra Góra. Z samej miejscowości ostało się tylko kilka chałup (teraz wojskowy ośrodek szkoleniowy) i dzwonnica alarmowa, a nowością jest tutaj pomnik (chyba) papieża.

    Podczas podejścia po nasłonecznionej stronie góry, robiłyśmy kilka przystanków, żeby Jussi mogła napić się wody i odpocząć w cieniu wielkich kamieni. Te kamienie, to jest zresztą wspaniała sprawa, ponieważ klimat pod nimi jest przyjemnie chłodny i a powietrze wilgotne, nawet w upalne popołudnie.

    Błędne Skały były pełne turystów. Po krótkim namyśle postanowiłam nie wchodzić na teren ścieżki turystycznej, sama w tym tłumie nie miałabym jak popodziwiać widoków, a co dopiero z labradorem na smyczy. Postanowiłam za to przejść na czeską stronę i odwiedzić położony nieopodal Machov z nadzieją na to, że w jakiejś tamtejszym hostincu przyjmą polską kartę lub gotówkę.

    Czeskie przygody Jussi

    Nie pomyliłam się, a do tego Jussi mogła pobiegać luzem, bo ludzi na tej ścieżce było jak na lekarstwo, a i Czesi mają przyjaźniejsze nastawienie do psiaków. Do tego szlak wiedzie obok skałek, które zdają się być gratką dla wspinaczy.

    Machovska Lhota to urocza wioseczka. Z żółtej trasy, mijając pasące się stado owiec, zeszliśmy prosto nad hostiniec u Lidmanu. Sam spacer po Machovie to nie był najlepszy pomysł w niedzielne popołudnie, ponieważ nic, ale to nic się tam nie dzieje. Źródłem życia i rozrywki jest zatem pobyt w karczmie, gdzie można zjeść smażony syr (oczywiście), napić się piwa lub Kofoli, i zapłacić zarówno czeskimi koronami jak i polskimi złotówkami (przelicznik korzystny).

    Niespodzianka czekała nas po oddaleniu się w stronę Pasterki niebieskim szlakiem. Wyobraź sobie, że pod laskiem w górze miejscowości ktoś postawił ławeczkę, na której można sobie usiąść i podziwiać taki oto widok:

    Sama droga do Pasterki wiedzie przez szczyt góry, co może nie jest najlepszym pomysłem po zjedzeniu czeskiego obiadu i opiciem się półlitrowym napojem gazowanym, ale jak to mówią, mądry Polak po szkodzie.

    Potem już tylko lasy, łąki, znajoma ścieżka z Windowsa XP i auto. Do następnego!

    Jeśli podczas swoich podróży lubisz zachwycać się przyrodą ale nie chcesz uciekać zbyt daleko od znanych Ci z miejskiej dżungli atrakcji takich jak piwo z małych browarów czy młoda ekipa prowadząca fajny lokal, to Góry Stołowe są dla Ciebie!