Tag: dolnyśląsk

  • Pies w pociągu – zrób to sama!

    Pies w pociągu – zrób to sama!

    Kiedy miałam auto, nie wyobrażałam sobie, jak można podróżować pociągiem z psem tak dużym jak Jussi. A umówmy się, Jussi, ze swoimi trzydziestoma kilogramami wagi nie jest największym z psów. Jednak jazda pociągiem dłuższa niż powiedzmy godzina jawiła mi się jako zupełna abstrakcja.

    Pierwsza okazja nadarzyła się podczas majowego wypadu na hel, dwa lata temu. Pogoda była raczej słaba, więc zamarzyło mi się odwiedzenie trójmiasta. Zwłaszcza, że miałam tam znajomego który mógł nas po trójmieście, a raczej Gdyni, oprowadzić.

    pies_w_pociagu

    Nawet nie pamiętam czy Jussi miała wtedy kaganiec. Wydaje mi się że tak, ale na pewno nie lubiła go nosić. W Łodzi jeździłyśmy tramwajami naprawdę rzadko, no i miałam auto, więc nie czułam potrzeby przyuczania jej do kagańca. Nad morzem pragmatyzm zwyciężył i tak oto chęć napicia się piwa ze znajomym zaważyła nad dotychczasowymi obawami.

    Ponieważ Jussi w aucie nauczona jest spać cała drogę, a od szczeniaka dość regularnie pokonywałyśmy 4 godzinne trasy autem, pociąg potraktowała jak nieco większy samochód. Grzecznie położyła się na podłodze i przespała cała drogę.

    Następna okazja do wożenia psa pociągiem była w ostatnie wakacje, kiedy postanowiłam odwiedzić przyjaciół na lubelszczyźnie. Miałam do wyboru albo kilka godzin w PKP, z możliwością spaceru po wagonie, poczytania książki czy drzemki, albo kilka godzin w starym, wysłużonym aucie bez klimatyzacji. W naprawdę sporym upale.

    Wybrałam więc PKP, i tak już, o dziwo, zostało.

    podroze_z_psem_pociagiem

    Nasza pierwsza długa podróż pociągiem podzielona była na dwa etapy: ICC do Warszawy, wagon bezprzedziałowy, pełna klima, gniazdka w siedzeniach, żyć nie umierać. I TLK do Lublina, skwar, stare wagony obite dywanami, brak cienia. Ostatnia godzina podróży to była droga przez mękę dla mnie, a co dopiero dla futrzaka.

    W drodze powrotnej zepsuła się pogoda, więc podróżowało się nam już dużo przyjemniej.

    Od tej pory Jussi nie raz pokonywała dłuższe i krótsze trasy pociągami, a ja nauczyłam się kilku przydatnych rzeczy na temat psa w pociągu, którymi właśnie teraz zamierzam się z tobą podzielić:

    1. Kaganiec

    kaganiec musi być, nie ważne że twój piesio to najsłodszy słodziak. Ważne, żeby kaganiec pozwalał psu otwierać szeroko paszczę i chłodzić się w ten sposób. Według regulaminu pies powinien być w kagańcu cały czas, ale i podróżni, i konduktorzy zazwyczaj są wyrozumiali i pozwalają ci uwolnić psa od tego obowiązku. Zawsze trzeba jednak pytać.
    Kaganiec przydaje się też w sytuacji, kiedy współpodróżni chcą być mili i próbują karmić twojego zwierzaka resztkami z kanapki albo herbatnikami 😉

    2. Miska na wodę

    mega ważne zwłaszcza latem. Kiedyś zdarzyło mi się jej zapomnieć i Jussi musiała się napić wody z pociągowej umywalki. Nie polecam.

    jazda_w_pkp_z_psem

    3. Kocyk, ręcznik, posłanie

    pies, pomimo, że za bilet płaci od 5 do 15 zł, nie ma wstępu na siedzenie (małe psy mogą siedzieć ci na kolanach, albo być w transporterze), dobrze jest mieć jakiś koc albo ręcznik na którym zwierzak może się położyć jeśli nie lubi leżeć na gołej posadzce.

    4. Lokalizacja

    Jeśli tylko to możliwe, wybieraj wagony bezprzedziałowe. Jest tam więcej miejsca dla stwora, nawet jeśli pociąg jest pełen ludzi.

    pies_w_wagonie_predzialowym

    5. Lokalizacja doprecyzowując

    Naucz psa leżeć pod siedzeniem. Jeśli twój psijaciel jest wielkości Jussi, powinien się bez problemu zmieścić pod siedzenie. Wtedy tylko ty masz problem co zrobić z nogami, ale za to unikasz sytuacji, w której pies leży w przejściu a tabuny podróżnych nie patrzących pod nogi po nim depczą.

    jak_przygtowac_psa_do_pociagu

    6. Konduktorzy

    Uśmiechaj się do konduktorów. Według moich doświadczeń 90% konduktorów w pociągach jest psolubnych. W kryzysowej sytuacji mogą ci nawet udostępnić wolny przedział, jeśli widzą, że bestia się męczy. Nie jest to oczywiście reguła, ale z mojego doświadczenia wynika, że jest to możliwe 🙂

    https://www.facebook.com/zapsiepieniadze/photos/a.660966967625445.1073741829.523440464711430/660966940958781/?type=3&theater

    7. Toaleta

    Naucz psa toalety przed podróżą. Wiem, brzmi dziwnie, ale o ile ułatwia życie, i zapewnia spokój ducha, kiedy twój pies robi ostatnią kupę zawsze tuż przed wejściem na dworzec.

    8. Przezorny zawsze… nauczony!

    Jeśli twój pies jest za duży, żeby wziąć go pod pachę i wsadzić do wagonu, warto mieć ze sobą smakołyki. Jussi tylko raz bała się wyskoczyć z wagonu na peron, i na szczęście było to na końcowej stacji. Jeśli smakołyki nie działają na zwierza, może warto zrobić próbę i podejść wcześniej na dworzec, sprawdzić który pociąg ma dłuższy postój i poćwiczyć wchodzenie do wagonu?

    9. Bagaż

    Zadbaj o swój bagaż. Najlepiej miej ze sobą plecak, bo wtedy masz obie ręce wolne na psa. Nie próbowałam nigdy jechać z Jussi i walizką na kółkach, zwyczajnie wydaje mi się to niewygodne. Zwłaszcza kiedy musisz pędzić na przesiadkę bo jest opóźnienie.

    pies_podrozuje_pkp

    10. Przyjaciele

    Udało mi się dotrzeć do 10 punktów! Zaprzyjaźnij się ze współpasażerem, który ma miejsca obok ciebie. Chodzenie z psem do toalety w pociągu jest możliwe ale niewygodne. Do wagonów restauracyjnych nie wpuszczają psów. (PKP, właśnie, o co chodzi? W najlepszych restauracjach można a u was nie?), więc możliwość poproszenia kogoś o opiekę nad bestią jest na wagę złota.

     

    To już wszystkie protipy, które udało mi się zebrać podczas naszych podróży pociągiem. Jednocześnie chciałam dać ci  znać, że w kwartalniku Przystanek Dolny Śląsk mamy z Jussi małą kolumnę na temat naszych podróży pociągiem po Dolnym Śląsku.

    Jeśli masz jakieś pytania odnośnie psa w pociągu, lub coś nie jest dla ciebie jasne, daj znać w komentarzach. Chętnie pomogę.

     

    podrozowanie_z_psem_koleja

    wycieczka_z_psem_w_koleji

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:

     

    ja nie lubię chodzić po górach.

     

    Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…

    szrenica w oddali

    Miłe złego początki

    Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.

    I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.

    Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!

    pozostałości po mgle

     

    https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/

    Nocne marki

    Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.

    Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.

    taka oto ekipa

    Jussi zawsze sobie znajdzie zabawę

    Życie bez prądu

    I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.

    Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.

    Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.

    to tylko wygląda strasznie

    Brak widoków na przyszłość

    Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).

    Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?

    Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.

    szaleńcy na zboczu

    Jussi i Śnieżne kotły

    Czeskie przygody

    Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).

    Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.

    temu podłożu nie można ufać

    Jussi na ko

    Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.

    przykład niezaimpregnowanych butów

    Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.

    Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.

    Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.

    Jak tu lubić chodzenie po górach?

     

    nareszcie koniec!

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Niedzielny spacer w czeskim skalnym mieście

    Niedzielny spacer w czeskim skalnym mieście

    Od 28 kwietnia Koleje Dolnośląskie wprowadzają nowe połączenie weekendowe: Wrocław – Adrspach (Skalne Miasto). Jest to zatem idealna okazja, żebym opowiedziała ci o naszym leniwym jesiennym wypadzie do Skalnego Miasta właśnie, które jest też super psioprzyjazne.

    Ponieważ było to jesienią zeszłego roku, kiedy miałam jeszcze do dyspozycji moje ukochane Renault Clio, decyzję o wyruszeniu za miasto mogłam podjąć w każdej chwili. Tak też było tym razem. Po śniadaniu stwierdziłam, że bez sensu jest marnować taki piękny jesienny dzień w mieście i wyruszyliśmy.

    jeziorko w dawnej piaskowni

     

    Kilka informacji praktycznych – czym, jak, za ile

    Autem do Skalnego Miasta jedzie się około dwie godziny, trasa zresztą, jak zawsze na Dolnym Śląsku, jest przepiękna. Koleje Dolnośląskie obiecują dotrzeć tam w niecałe trzy godziny, zatrzymując się po drodze w Wałbrzychu i czeskim Mezimesti. Pociąg będzie odjeżdżać z Wrocławia o 5:46 i docierać do Adrspach o 8:45. Koszt to 48 zł w dwie strony z Wrocławia (bilet ważny jest dwa dni).

    W tej cenie można zatem odwiedzić tez Skalne miasto w Teplicach, dzisiaj jednak skupię się na samym Adrspach.

    My do Skalnego Miasta dojechaliśmy po godzinie 13, więc nie mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie, ale wystarczyło, żeby przejść główną trasę, zajęło nam to około 3 godzin.

    Bilet do Skalnego Miasta to 70 koron czeskich dla dorosłego i 10 dla psa, co daje w sumie jakieś 13 złotych. W cenie biletu dla psa dostajesz też papierowy worek na kupę (mówiłam, że jest psioprzyjaźnie)

    Jussi sie cieszy, bo wie że posprzatamy

    Wielki pożar i trochę (pre)historii

    Spacer zaczęliśmy od kasy biletowej II, która mieści się przy jeziorku. Jezioro zostawiliśmy sobie jednak na sam koniec, i ruszyliśmy główną trasą spacerową.

    Powiem szczerze, te gigantyczne kamienie wyrastające nie wiadomo skąd robią ogromne wrażenie ale czasami trzeba się nieźle nagłówkować, żeby zauważyć skąd pochodzą ich nazwy. Same formacje należą do znanych nam dobrze Gór Stołowych i powstały z górnokredowych piaskowców. Jest to też bardzo popularny teren do wspinaczki.

    Co ciekawe, tak naprawdę szlaki spacerowe zawdzięczamy wielkiemu pożarowi lasu z roku 1824, który to w kilka tygodni zniszczył prawie cała roślinność leśną i pozwolił na stworzenie ścieżek.

    nie znam niemieckiego, weic mozliwe ze tu mowia o porzaze, a mozliwe ze o powodzi

    Twoje konto na Instagramie będzie zadowolone

    Szlak nie sprawia żadnej trudności, powiedziałabym nawet, że jest to trasa spacerowa. Jedyne, na co trzeba zwrócić uwagę, to schody, których jest tam trochę. Jeśli twój pies jest starszy, lub bardzo mały, jest szansa, że będzie dla niego problemem zdobycie tylu stopni.

    Jussi schody lubi i wchodzi na nie z przyjemnością, a schodzi w szaleńczym tempie. Przyciągała też uwagę turystów, ponieważ co chwilę wskakiwała na jakieś kamulce albo korzenie i miała sesję zdjęciową. Zresztą, jestem pewna, że gdyby mogła, przewąchałaby solidnie wszystkie skalne zakamarki.

    na szczescie nie mamy lęku wysokości

    Co do zdjęć, jeśli marzą ci się zdjęcia na których wyglądasz, jakbyś była na szczycie świata, ale masz lęk wysokości – jedź do Skalnego Miasta. Możesz tutaj wyczarować naprawdę piękne wrażenie, że się nawspinałaś co niemiara.

    Cała trasa liczy sobie 20 punktów widokowych, przy których warto się zatrzymać na dłużej. Moimi ulubionymi były zdecydowanie: Słoniowy Rynek, gdzie udało mi się wypatrzyć skalną trąbę słonia, Wielki Wodospad koło Popiersia Goethego i Punkt Widokowy na Starostę.

    Bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie też napisy wyryte w skałach. Widać, że są bardzo stare, a jaką piękną czcionką pisane!.

    wandale

     

    Gofry czy knedliki?

    No i najważniejsze! To znaczy nie dla mnie najważniejsze, a dla mojego towarzysza podróży – na trasie można zjeść gofry! (oscypki też, jakby ktoś wolał) plus można zapłacić polskimi złotówkami. Niestety, kompletnie nie pamiętam, ile taki gofr kosztował. Przy wyjściu ze Skalnego Miasta znajdują się też pawilony z jedzeniem, ale jestem pewna, że w samym Adrspach można zjeść prawdziwy czeski obiad i popić go pysznym piwem za niewielkie pieniądze.

    to ja przed przewą na gofry

    Na sam koniec zostawiliśmy sobie jeziorko powstałe w starej piaskowni. Jest tu jeszcze jedno jeziorko, na którym w sezonie można za 50 koron (czyli niecałe 10 zł) popłynąć w rejs 😉

    Wiesz co? Nie powiem ci już nic więcej o tym Skalnym Mieście. Spodziewaj się, że przetestuję w tym roku ofertę Kolei Dolnośląskich i jeden weekend poświęcę na dwa czeskie skalne miasta. A tymczasem łap zdjęcia tutaj i w galerii. I kupuj bilet na pociąg, bo warto!

     

     

     

     

     

     

    ZapiszZapisz

  • Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Czasami nie ma czasu, albo chęci, na weekendowy wypad. Na szczęście mieszkanie w stolicy Dolnego Śląska daje mi i Jussi sporo możliwości mniejszego podróżowania. Dzisiaj opowiem Ci o jednodniowej wycieczce z psem poza miasto, po Wzgórzach Niemczańsko-Strzelińskich, jaką zrobiłyśmy w pewną pochmurną, czerwcową sobotę.

    Plan był prosty – wsiadamy w pociąg w sobotę rano, dojeżdżamy do stacji w Henrykowie i wędrujemy pieszo do stacji w Białym Kościele, podziwiając po drodze widoki i ciesząc się świeżym powietrzem i przyrodą.

    Przy okazji chciałam przetestować instagramową funkcję opowiadania historii, więc poniżej znajdziesz również zdjęcia, z jakich przez cały dzień tworzyłam historię.

    Nie chcem, ale muszem (bo pies patrzy)

    Wiesz co działa motywująco? Kiedy budzisz się rano i widzisz, że za oknem chmury a pogoda w telefonie sprzedaje Ci informację, że maksymalna temperatura dzisiaj to 15 stopni. A do tego mżawka. No ale przecież obiecałam piesełowi, a ona stoi przy łóżku i straszy tymi oczami i tą radosną paszczą, więc zabieram się za robienie śniadania, pakowanie plecaka. Potem bieg na tramwaj.

    W plecaku miałam niewiele: aparat fotograficzny (w którym karta z jakiegoś powodu przestała działać, więc pełnił tylko wdzięczną funkcję ciężaru). Polar z Lidla, który miał mnie chociaż trochę ochronić przed deszczem (ciągle nie miałam jeszcze porządnej kurtki przeciwdeszczowej), psie ciastka, dwie kanapki zrobione dzień wcześniej (brawo ja!), coś słodkiego, wodę, i, oczywiście, mapę.

     

    Punkt drugi – dojazd

    W tramwajach pies musi mieć na sobie kaganiec. We Wrocławiu, pies musi mieć nawet bilet (ulgowy podobno). Jussi, kiedy zmuszona jest nosić na pysku zło, wchodzi grzecznie do tramwaju, po czym kładzie się na środku wagonu tak, że nie sposób jej przesunąć, i patrzy na mnie z wyrzutem przez całą drogę. Na szczęście o 8 rano w sobotę prawie nikt nie podróżuje komunikacją miejską więc można spokojnie blokować przejście.

    Pod PKP kolejka do biletomatów jest mała, więc kupujemy bilet dla mnie (11,7 zł), dla psa (4,5 zł) i lecimy na peron.

    W pociągu Jussi grzecznie leży, jest tylko odrobinę zaniepokojona. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że aparat nie działa, ale cieszę się, bo znalazłam powerbanka w bocznej kieszeni plecaka – można robić zdjęcia, jesteśmy uratowane!

    Na co mi to było?

    W Henrykowie wysiadamy na dworcu PKP, który jest nieco oddalony od centrum miejscowości. Ponieważ przed nami prawie pięć godzin marszu, darujemy sobie zaglądanie do parku w Henrykowie i zostawiamy tą atrakcję na czas, kiedy będziemy tędy przejeżdżać autem, bo podobno warto.

    Kierujemy się zatem niebieskim szlakiem w stronę Raczyc i dalej na Witostowice.

    Po drodze podziwiamy panoramę dolnośląskich miasteczek, która ma w sobie coś magicznego – wieże kościołów i pofalowany teren. Chciałabym tutaj zauważyć, że gmina strzelin wspaniale zadbała o oznaczenia szlaków. Tablica z siatką szlaków jak i informacja z czasem dojścia wisiały w każdym punkcie orientacyjnym, co bardzo ułatwiało rozeznanie się w terenie.

    W Witostowicach na przystanku autobusowym z jakiegoś powodu znajduje się popiersie dalmatyńczyka. A, no i jest tam dziewiętnastowieczny zamek na wodzie, który, jak się okazuje, możecie mieć na własność.

     

     

    Po krótkiej sesji zdjęciowej wśród maków i innych polnych kwiatów, wchodzimy do lasu. Słychać tam piły spalinowe towarzyszące wycince drzew, więc trzymamy się z Jussi szlaku. Zaraz po wejściu do lasu, mijamy zabytkową kapliczkę, która jest otwarta, więc można zajrzeć do środka, albo schronić się przed deszczem.

    Drwa rąbią, aż wióry lecą w tym lesie. Jussi lubi sobie poskakać po pniach ułożonych przy leśnej drodze. Ja nie lubię patrzeć na butelki po oleju porozrzucane na ścieżce. Swoją drogą, ptaki robią niezłą konkurencję drwalom. Czasami w lesie jest głośniej niż w centrum Wrocławia.

    Gdzie te piękne widoki, panie Google?

    Mijamy kolejną kapliczkę i docieramy do Nowolesia. W miasteczku trwa odpust (chyba), więc przemykamy ukradkiem między zmierzającymi na mszę i bierzemy azymut na Nowoleską Kopę. Na samej górze ja próbuję zrobić jakieś ładne zdjęcie (ale jest mokro, pochmurno i ciągle mży) a Jussi zajada się trawą. Próbuję też wrzucić coś na insta, ale nie ma tu zasięgu.

    Schodząc z Nowoleskiej Kopy gubimy się tylko jakieś trzy razy, ale za to w drodze na skrzyżowanie nad wąwozem Pogródki mamy czas zjeść obiad. Las tutaj jest ciut mniej gęsty ale równie głośny jak poprzednik. Robi się też zimno, a po drodze dwa razy przeskakujemy przez rzeczkę. Tutaj jest trochę problem z oznakowaniem (albo z moją spostrzegawczością), więc trzeba być uważnym.

    Po chwili znajdujemy sielankowe miejsce, z hamakiem nad brzegiem rzeczki, lampionami, i gospodarstwem, które wygląda jak marzenie pod tytułem “rzucam pracę w korpo i jadę paść owce”. Niestety było mi zbyt zimno, żeby pochillować w hamaku, czego strasznie żałuję, bo gospodarstwo wydawało się puste. W cieplejsze dni byłoby to idealne miejsce na poobiednią drzemkę.

    Jeszcze trochę drogi przez las, następnie mijamy kopalnię granitu, która mi kojarzy się w tym momencie tylko z ogromnymi kałużami i przeprawą przez jeżyny. Moje stare Rebooki są już tak mokre (pro-tip: nie bierz dziurawych butów do biegania na spacer przez lasy i mokre trawy), że w butach mi chlupocze. Kolejny raz wchodzimy do lasu, omijamy duży zbiornik wodny (staw? jeziorko? kałuża?) i nie gubimy się tylko dlatego, że drzewa, na których było oznakowanie szlaków, nie zostały jeszcze sprzątnięte ze szlaku po wycince.

    Ostatnie wyjście z lasu

    Jussi udaje się znaleźć staw rybacki, w którym decyduje się popływać (na szczęście nikt akurat nie wędkował, więc nasz wybryk pozostał niezauważony). Obchodzimy jeszcze jezioro w Gębczycach, które niechybnie odwiedzimy jak już będzie trochę cieplej bo wygląda na czyste i jest całkiem duże.

    Za gębczycami wita nas Biały Kościół, ale uwaga! Stacja PKP jest położona kawałek drogi od miejscowości, a po ponad 16 kilometrach spaceru, wydaje się to być droga niemożliwa do pokonania. W związku z tym ucieka nam pociąg i czekamy jeszcze prawie godzinę na następny.

    Na stacji PKP we Wro już klasyka: kawa w Starbucksie i tramwaj do domu. Jesteśmy na miejscu około siedemnastej.

    Masz też tak, że czasami bardzo ci się nie chce, sobota rano, pogoda nie taka jak powinna być, nie masz odpowiedniego sprzętu, rzeczy się psują albo gubią, ale mimo to zmuszasz się, by działać? I chociaż nie masz potem idealnych wspomnień, no bo przecież mokra i zmarznięta i trochę głodna i z odciskami, to jesteś z siebie niesamowicie dumna, że nie dałaś lenistwu za wygraną?