Tag: dolny śląsk

  • SUP z dużym psem – Chaos. Woda. Komary

    SUP z dużym psem – Chaos. Woda. Komary

    Jak ogarnąć SUP z dużym psem? Dlaczego zaczęłam pływać na desce z Jussi? Jak zorganizować sobie taki sposób spędzania czasu? Czytaj dalej, a wszystko ci opowiem.

    Dwa lata temu w maju moja koleżanka wzięła mnie ze sobą do Mietkowa na pływanie SUPem. Jest to taka deska na której się stoi i macha wiosłem.

    https://www.instagram.com/p/CB-1uc5HF2p/?utm_source=ig_web_copy_link

    Pamiętam to dobrze, bo kiedy chciała mnie przekonać że deska jest stabilna i nic mi się nie stanie, sama wpadła do wody.

    Do tego, mimo pięknego słońca był mocny wiatr i w drodze powrotnej pływanie na sporych falach pod wiatr było nie lada wyzwaniem. Ale i tak się udało, złapałam bakcyla.

    Kilka tygodni później Agnieszka kupiła sobie swoją własną deskę i zwodowała ją na Odrze. Oczywiście towarzyszyłyśmy jej z Jussi w tym wydarzeniu. Kiedy ja chciałam potestować deskę, Jussi uznała, że koniecznie musi mnie uratować, i próbowała wdrapać się na nową deskę Agnieszki. W ten sposób zarysowałyśmy jej świeżutki zakup. Wtedy też zrozumiałam, że jeśli chcę pływać z Jussi, muszę zainwestować we własny sprzęt.

    duży pies na SUP

    Rok temu, jak już wiecie, zdiagnozowano u Jussi dysplazję. Jako, że jedną z metod rehabilitacji jest pływanie, myśl o desce powróciła. W końcu to żadna frajda czekać na brzegu kiedy twój pies kręci ósemki w rzece przez ponad godzinę.

    W tym roku, z powodu pandemii, zamknięcia w domach, ogólnej niewiadomej co do najbliższej przyszłości, myśl powróciła. Przecież Odrę mam pod nosem, Jussi lubi pływać, istniała obawa, że przez nie wiadomo jak długi czas nie będziemy mogły nigdzie pojechać, nic ciekawego zrobić.

    Klamka zapadła. Zakupiłam najtańszy z większych modeli, razem z pompką, wiosłem, kamizelką ratunkową i wodoszczelnym workiem.

    za psie pieniądze?

    Tak, ta zabawka trochę wykracza poza nasze motto, czyli za psie pieniądze. Na szczęście SUPy stały się już na tyle popularne, że łatwo jest je kupić z drugiej ręki za rozsądną kwotę.

    W ten sposób zaczęłyśmy naszą przygodę na wodzie.

    Nie wiem jak to jest pływać z psem, który lubi wodę umiarkowanie. Jeśli macie takie zwierzaki i doświadczenia, dajcie znać w komentarzach. Ja tam zawsze zazdroszczę kiedy widzę zdjęcia idealnie suchych psiaków gdzieś na plaży czy na pomoście.

    Jussi wodę kocha chyba bardziej niż mnie. Jeśli jesteśmy przy brzegu, Jussi jest mokra. Takie życie.

    duży PIes SUP zachód słońca

    Pływanie na SUPie z labradorem wygląda następująco:

    Puszczasz psa, żeby się wybiegał w wodzie i pozbył się chociaż odrobiny energii.

    W tym czasie patrzysz, czy nie wyjada jakiś resztek ryb z szuwarów, i pompujesz deskę. Pompowanie to żmudna czynność, na moją deskę trzeba około 150 razy nacisnąć pompką, żeby osiągnęła zalecane 15 PSI. To upierdliwe i męczące, ale za to jest rozgrzewka.

    W tym czasie jest szansa, że mokry i ubłocony pies przebiegnie ci kilka razy po desce. Nie przejmuj się. I tak będziesz cała mokra a deska cała brudna.

    Po napompowaniu mocuję statecznik i woduję deskę. Trzeba wybrać takie miejsce, żeby statecznik juz sobie pływał w wodzie, bo Jussi bardzo lubi wskakiwać na deskę, a szkoda żeby się połamał.

    Do nieprzemakalnej torby pakuję telefon, kluczyki od auta/mieszkania, portfel i co tam jeszcze mam żeby się nie zamoczyło.

    bagaż SUP z dużym psem

    Jeśli chodzi o odbijanie od brzegu, przetestowałam dwie opcje:

    1 – Odpływam jak najszybciej kiedy Jussi się tapla, żeby wciągnąć ją na deskę na głebokiej wodzie,

    2 – Prowadzę ją na smyczy na deskę i trzymam smycz machając wiosłem, i odpływając od brzegu. Warto przećwiczyć ten sposób, kiedy przy brzegu jest dużo wędkarzy.

    Samo pływanie na SUP z dużym psem nie jest najtrudniejsze. Trzeba tylko trzymać równowagę, i być gotową na wszystko.

    Na początku uczyłyśmy się pływania na jeziorze na którym był wyciąg do Wake Boardu. Nie polecam. Jussi stresowała się nie tylko nową sytuacją ale też ludźmi na wyciągu, przez co pływanie było dużo trudniejsze.

    Kolejny raz próbowałyśmy na spokojnym jeziorze, gdzie dookoła byli tylko wędkarze. Tutaj poczyniłyśmy spore postępy.

    Po pierwsze, Jussi nie miała żadnych dodatkowych stresów. Udało mi się nawet po raz pierwszy stanąć na desce z psem na pokładzie.

    Było to okupione mantrą:

    Jussi proszę leżeć, leżeć, nie wstawaj, leżeć, proszę nie ruszaj się, dobry pies brawo Jussi grzeczna dziewczyna leżeć, leżeć nie wstawaj.

    duży mokry pies SUP

    Ale największym sukcesem było to, że Jussi w końcu, po jakiejś godzinie pływania wskoczyła do wody i robiła sobie swoje kółka i ósemki, kiedy ja leżałam na desce i chillowałam. Do tej pory zeskakiwała z deski i do razu próbowała się na nią wdrapać z powrotem.

    nowe problemy

    Im więcej pływamy, tym bardziej Jussi akceptuje nowy stan rzeczy. Niestety, wraz z postępem wiążą się nowe ryzyka.

    Na początku Jussi wskakiwała do wody tylko wtedy, kiedy siedziałam na desce i jej na to pozwalałam. Z czasem obie zaczęłyśmy kombinować i zdarza się, że Jussi pięknie wybije się deski do wody kiedy ja stoję i macham wiosłem. Muszę wtedy szybko reagować, żeby wylądować na desce a nie poza nią.

    Na ogół Jussi raczej się ześlizguje do wody niż do niej wskakuje, co podobno jest lepszym rozwiązaniem, chociaż wygląda komicznie.

    Ciągle jeszcze pracujemy nad tym, żeby Jussi sobie spokojnie pływała wokół mnie na desce, chociaż czynimy postępy. Najczęściej nasze pływanie wygląda tak, że pies wskakuje do wody, ja jej uciekam, a potem na nią czekam.

    Jeśli pozwolę jej na wskakiwanie do wody bez odpływania, to wtedy bawimy się w psi wyciąg.

    Jeszcze jedna rzecz jest bardzo ważna. Otóż pies na desce oznacza bycie mokrą. Jussi kiedy tylko ją wciągam, zawsze, ale to zawsze musi się otrzepać.

    Można się do tego przyzwyczaić, i jeśli świeci słońce jest to całkiem przyjemne, ale kiedy chcesz popływać o zachodzie słońca, uszykuj sobie ciepłe ubranie na zapas. Nie mas szans, że zejdziesz z deski cała sucha i piękna. Raczej będziesz ociekała wodą i oblepiona sierścią swojego zwierzaka.

    To tyle jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia z pływania na desce z labradorem. Niedługo opisze ci miejsca po których pływałam już z Jussi, i plany na sierpień.

    Muszę przyznać, że SUP z dużym psem jest łatwiejszy niż się wydaje, i sprawia bardzo dużo frajdy. Jest to zdecydowanie mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu tego lata, i wydaje się dobrą inwestycją na przyszłość.

  • Zamki dolnego śląska z psem – jak zwiedzać

    Zamki dolnego śląska z psem – jak zwiedzać

    Zawsze myślałam, że zamki dolnego śląska z psem da się zwiedzać tylko autem. Przecież nie stoją one w centrach miasteczek tylko zazwyczaj na jakimś uboczu, w lesie, na szczycie góry położonej pośrodku niczego. Szukając kolejnego pomysłu na jednodniową wycieczkę z Jussi, postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest. Szukałam zatem jakiegoś łatwo dostępnego zamku, do którego można dojechać pociągiem.

    Jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że jednego dnia możemy zwiedzić nie jeden, nie dwa ale trzy zamki. I to tak, żeby zdążyć wrócić jeszcze przed zachodem słońca do domu!

    zamki dolnego slaska z psem

    W pociąg do Świebodzic wsiadłyśmy chwilę przed 9 rano, i nieźle się zdziwiłam widząc w niedzielę o tej porze tłumy ludzi w pociągu. Zdecydowanie polecam zwlec się z łózka nieco wcześniej i zdążyć na 7 rano, jeśli nie lubicie podróżować w tłoku. Bilet kosztował nas 19 złotych, a podróż trwała około godziny. 

    na początek różaneczniki

    Świebodzice to małe, przeurocze miasteczko z zadbanym rynkiem, wieloma fontannami i murami obronnymi jak z bajki. Szlak czerwony, który sobie obrałyśmy, prowadzi od dworca PKP. Okrąża ratusz i przebiega obok murów obronnych, pokazując urok miasteczka w pełnej krasie. 

    Na zamek Książ można ze Świebodzic dojść na dwa sposoby: albo szlakiem czarnym, na którym na wejściu do parku książańskiego wita nas piękna brama, albo szlakiem czerwonym właśnie, bardziej od tyłu, za to przez Dolinę Różaneczników.

    Tę oto trasę obrałyśmy z Jussi. Nie zawiodłam się. Różaneczniki, inaczej rododendrony, kwitną właśnie jak szalone, więc spacer był bardzo długi. Przecież przy każdym krzewie trzeba było się zatrzymać na obowiązkowe zdjęcia wśród kwiatów. Na tej trasie mijałyśmy także pomnikową aleję lipową, z drzewami zasadzonymi tutaj aż w 1715 roku!

    różaneczniki z psem

    Książ z daleka

    Wychodząc z Doliny różaneczników minęłyśmy pola na których wypasają się konie, a chwilę potem Stado Ogierów Książ. Nie zachodziłam tam jednak z Jussi, bo mój pies boi się koni.

    Z góry napiszę, że sam zamek Książ nie jest psioprzyjazny, i do żadnej z atrakcji, jakimi są i zwiedzanie pałacu, i arboretum, i stajnie, nie można wejść ze zwierzem. Za to można pospacerować po ogromnym parku i popodziwiać widoki ze szczytu na Wałbrzych i na sam zamek. 

    Ominęłyśmy więc tłumy turystów stojących w kolejce do kasy biletowej i poszłyśmy dalej, obierając sobie na cel ruiny Zamku Cisy. Tutaj muszę się wam przyznać do rażącego niedopatrzenia. Nie wiem jakim cudem umknęła mi informacja, że po drodze do zamku Cisy, mija się drogę na Stary Książ! Szlak co prawda zbacza nieco z wyznaczonej przeze mnie trasy, przedłużając spacer o dodatkową godzinę. Jeśli jednak mamy dużo siły, a pogoda jest piękna, można przy cisie Bolko zboczyć nieco ze szlaku. Ja nie chciałam ryzykować, i Stary Książ zostawiłam sobie na inną okazję.

    Po drugie Cisy

    zwiedzanie zamku cisy z psem

    Cis Bolko może mieć nawet do 600 lat i prezentuje się naprawdę majestatycznie. Idzie się do niego Przełomami pod Książem, kolejnym rezerwatem utworzonym w celu ochrony tutejszej, bardzo bogatej, fauny i flory.

    Dalej trasa prowadzi wzdłuż rzeki Pełcznicy, i wraca na moment do Świebodzic. Ostatni raz rzucamy okiem na zamek Książ, tym razem już z dołu, i idziemy dalej zielonym szlakiem. Droga tutaj jest bardzo gliniasta, a Jussi cieszy się z kapieli w czerwonych kałużach. Trasy są dobrze pooznaczane, i do zamku Cisy naprawdę łatwo się dostać. Kiedy już docieramy do ruin czeka na nas niespodzianka. Otóż do wejścia prowadził kiedyś mostek, ale nie wiadomo kiedy się zawalił. Na szczęście za murami widać ludzi, więc znajdujemy wydeptaną ścieżkę i docieramy na dziedziniec. 

    Zamek Cisy powstał jako zamek obronny, ale w połowie XIV wieku służył głównie rycerzom – rabusiom. Teraz jest on odwiedzany głównie przez turystów pieszych albo rowerowych. Jest to naprawdę piękne miejsce do urządzenia sobie pikniku, nabrania sił, i podumania o życiu dolnośląskich rabusiów.

    Na koniec zdrojowisko

    Nie mogłam nie zajrzeć do pijalni wód, Jussi musiała zostać na zewnątrz, za to była tak zmęczona, że zwinęła się w kłębek w cieniu i nawet nie zauważyła mojej nieobecności. Za wejście płaci się tutaj niecałe trzy złote, a w cenie jest kubek, słomka, i cztery rodzaje wody do spróbowania. Pierwsza pijalnia powstała tutaj w 1820 roku, wodę doprawiało się wtedy do smaku cukrem albo winem.

    szlaki zamkami z psem

    Warto zatrzymać się tutaj na chwilę, bo wodę trzeba sączyć powoli, żeby docenić jej zdrowotne atuty.

    Ostatni fragment trasy trwa niecałą godzinę i prowadzi przez park  w którym znajduje się ogromny plac zabaw dla dzieci i tor do Crossa. Dalej wchodzimy w las i mijamy szczyt Góry Parkowej. 

    do domu

    Wychodząc z lasu znajdujemy się już w Wałbrzychu i wędrujemy prosto na stację kolejową Wałbrzych Miasto. Pociągi do Wrocławia odjeżdżają stąd niemal co godzinę a podróż trwa nieco ponad 60 minut. Bilet kosztuje nas tym razem 20 zł.

    Cała trasa zajęła nam około siedem godzin, i była długa na 20 kilometrów. W sam raz na leniwą majową niedzielę.

    Tekst oryginalnie powstał dla kwartalnika Przystanek Dolny Śląsk. Tutaj możesz znaleźć tamto wydanie, jest tam o wiele więcej informacji o Zamkach Dolnego Śląska i pomysłów na zwiedzanie

  • Co mają kolory szlaków do ich trudności?

    Co mają kolory szlaków do ich trudności?

    czerwony kolor szlaku
    • Labrador a tak ładnie daje radę na czarnym szlaku?
    • Czy ja z moim małym pieskiem jestem w stanie przejść czerwony szlak?
    • Na zielonym spokojnie, łatwizna, nawet amator sobie poradzi.

    Ile razy zastanawiałaś się dlaczego, idąc po niebieskim szlaku, masz ostre podejścia w górę, za to czerwony jest najprzyjemniejszą częścią trasy (w górach chodzę tylko po plaskim) ?

    Oto jestem i niosę Ci odpowiedź,

    ale najpierw trochę historii:

    Oznaczenia szlaków górskich mają długą historię. Tak naprawdę w każdym pasmie górskim wyglądała ona podobnie, mimo, że oznaczenia powstawały niezależnie od siebie.

    Pierwsze wędrówki górskie w regionie dzisiejszego dolnego śląska odbywały się zazwyczaj grzbietami gór, zwyczajnie dlatego, że było tak najłatwiej. Nie były to jednak szlaki turystyczne tylko handlowe i hmm… pracownicze.

    Pierwszymi wędrującymi byli przecież drwale, myśliwi i węglarze, wypalający węgiel drzewny. Wraz z rozwojem regionu, pojawili się także niemieccy gwarkowie i potrzeba oznaczania tras. (słowo gwarek pochodzi z języka niemieckiego „der Gewerke” i oznacza organizatora produkcji, udziałowca, przedsiębiorcę lub po prostu właściciela kopalni)

    Natomiast pierwsze oznaczenia podobno powstały dzięki poszukiwaczom skarbów, który tajemniczymi znakami wskazywali cel wędrówki. Za to właściwe znakowanie szlaków nastąpiło wraz z rozwojem turystyki, chociaż ciągle występowała pełna dowolność:

    w jednych górach układano kopczyki z kamieni
    w Tatrach malowano znaki farbą
    w Sudetach za to ustawiano drogowskazy

    oznakowania te chętnie były finansowane przez lokalnych posiadaczy ziemskich, a także władze, które zauważały duży potencjał w ruchu turystycznym.

    W Karkonoszach pierwszą mapę szlaków wyrysował Edward Petraka w 1885 roku. Pierwsze drogowskazy natomiast, były kamiennymi słupkami z wyrytymi i pomalowanymi czarną farbą znakami. Nie miały one nic wspólnego z dzisiejszym oznakowaniem.

    Jeśli dostatecznie cię zainteresowałam, polecam poszukać jeszcze informacji o wojnie na pędzle, która miała miejsce w Beskidach Zachodnich.

    czy to trudne?

    No dobra, Kamila, wszystko fajnie ale powiedz wreszcie co mają wspólnego kolory szlaków z ich trudnością?

    Jasne, jeszcze tylko jedna ciekawostka: wiesz, że znakowanie szlaków turystycznych w Tatrach polskich rozpoczęto w 1886 roku, czyli pięć lat później niż w Sudetach? Malowano poziome paski koloru jasnoczerwonego. Prawdopodobnie dlatego, że używany do tego siarczek rtęci charakteryzował się długą trwałością.

    Początkowo Sudeckie oznaczenia odnosiły się do celu, ku jakiemu podążamy. Czyli, na przykład, śnieżnik oznaczony był kolorem białym, a Pradziad i Biskupia Kopa – czerwonym.

    Oznaczenia miały wtedy kształt prostokąta podzielonego na dwa trójkąty, gdzie ostry kąt wskazuje kierunek do określonego punktu docelowego.

    Już wtedy używano sześciu kolorów: czerwonego, żółtego, zielonego, niebieskiego, białego i czarnyego.

    Tak, zbliżamy się do sedna.

    Nie udało mi się znaleźć informacji o tym, kiedy dopisano też inne znaczenia do kolorów szlaków. Podejrzewam, że jednolity system wprowadzono gdzieś po drugiej światowej, kiedy szlaki turystyczne weszły też na niziny.

    Oficjalna wersja znaczeń kolorów szlaków jest natomiast następująca:

    Czerwony – szlak główny, najciekawszy pod kątem krajobrazów i przyrody

    Niebieski – trasa dalekobieżna

    Zielony – krótki, najkrótsza droga do charakterystycznych miejsc regionu

    Żółty – krótki szlak łącznikowy

    Czarny – krótka droga dojściowa

    Ot, i cała filozofia. Zdecydowanie więcej ma wspólnego z oznaczeniami dróg krajowych, niż z trudnością tras narciarskich.

    Dla Jussi nie ma większego znaczenia czy idziemy niebieskim czy czarnym szlakiem. Najważniejsze, żebym była obok i miała smaczki w kieszeni. Za to ja, dzięki całej tej nauce, jakoś z większym zrozumieniem patrzę teraz na mapę. Mam nadzieję, że i Tobie ta wiedza się przyda!