Cześć!
Już jutro nowy tekst o tym, czy wyjazd nad morze z psem w środku lata to dobry pomysł, a dzisiaj zapraszam na krótki film z naszych zabaw na plaży.
Kamila

Cześć!
Już jutro nowy tekst o tym, czy wyjazd nad morze z psem w środku lata to dobry pomysł, a dzisiaj zapraszam na krótki film z naszych zabaw na plaży.
Kamila

Kiedy miałam auto, nie wyobrażałam sobie, jak można podróżować pociągiem z psem tak dużym jak Jussi. A umówmy się, Jussi, ze swoimi trzydziestoma kilogramami wagi nie jest największym z psów. Jednak jazda pociągiem dłuższa niż powiedzmy godzina jawiła mi się jako zupełna abstrakcja.
Pierwsza okazja nadarzyła się podczas majowego wypadu na hel, dwa lata temu. Pogoda była raczej słaba, więc zamarzyło mi się odwiedzenie trójmiasta. Zwłaszcza, że miałam tam znajomego który mógł nas po trójmieście, a raczej Gdyni, oprowadzić.
Nawet nie pamiętam czy Jussi miała wtedy kaganiec. Wydaje mi się że tak, ale na pewno nie lubiła go nosić. W Łodzi jeździłyśmy tramwajami naprawdę rzadko, no i miałam auto, więc nie czułam potrzeby przyuczania jej do kagańca. Nad morzem pragmatyzm zwyciężył i tak oto chęć napicia się piwa ze znajomym zaważyła nad dotychczasowymi obawami.
Ponieważ Jussi w aucie nauczona jest spać cała drogę, a od szczeniaka dość regularnie pokonywałyśmy 4 godzinne trasy autem, pociąg potraktowała jak nieco większy samochód. Grzecznie położyła się na podłodze i przespała cała drogę.
Następna okazja do wożenia psa pociągiem była w ostatnie wakacje, kiedy postanowiłam odwiedzić przyjaciół na lubelszczyźnie. Miałam do wyboru albo kilka godzin w PKP, z możliwością spaceru po wagonie, poczytania książki czy drzemki, albo kilka godzin w starym, wysłużonym aucie bez klimatyzacji. W naprawdę sporym upale.
Wybrałam więc PKP, i tak już, o dziwo, zostało.
Nasza pierwsza długa podróż pociągiem podzielona była na dwa etapy: ICC do Warszawy, wagon bezprzedziałowy, pełna klima, gniazdka w siedzeniach, żyć nie umierać. I TLK do Lublina, skwar, stare wagony obite dywanami, brak cienia. Ostatnia godzina podróży to była droga przez mękę dla mnie, a co dopiero dla futrzaka.
W drodze powrotnej zepsuła się pogoda, więc podróżowało się nam już dużo przyjemniej.
Od tej pory Jussi nie raz pokonywała dłuższe i krótsze trasy pociągami, a ja nauczyłam się kilku przydatnych rzeczy na temat psa w pociągu, którymi właśnie teraz zamierzam się z tobą podzielić:
kaganiec musi być, nie ważne że twój piesio to najsłodszy słodziak. Ważne, żeby kaganiec pozwalał psu otwierać szeroko paszczę i chłodzić się w ten sposób. Według regulaminu pies powinien być w kagańcu cały czas, ale i podróżni, i konduktorzy zazwyczaj są wyrozumiali i pozwalają ci uwolnić psa od tego obowiązku. Zawsze trzeba jednak pytać.
Kaganiec przydaje się też w sytuacji, kiedy współpodróżni chcą być mili i próbują karmić twojego zwierzaka resztkami z kanapki albo herbatnikami 😉
mega ważne zwłaszcza latem. Kiedyś zdarzyło mi się jej zapomnieć i Jussi musiała się napić wody z pociągowej umywalki. Nie polecam.
pies, pomimo, że za bilet płaci od 5 do 15 zł, nie ma wstępu na siedzenie (małe psy mogą siedzieć ci na kolanach, albo być w transporterze), dobrze jest mieć jakiś koc albo ręcznik na którym zwierzak może się położyć jeśli nie lubi leżeć na gołej posadzce.
Jeśli tylko to możliwe, wybieraj wagony bezprzedziałowe. Jest tam więcej miejsca dla stwora, nawet jeśli pociąg jest pełen ludzi.

Naucz psa leżeć pod siedzeniem. Jeśli twój psijaciel jest wielkości Jussi, powinien się bez problemu zmieścić pod siedzenie. Wtedy tylko ty masz problem co zrobić z nogami, ale za to unikasz sytuacji, w której pies leży w przejściu a tabuny podróżnych nie patrzących pod nogi po nim depczą.
Uśmiechaj się do konduktorów. Według moich doświadczeń 90% konduktorów w pociągach jest psolubnych. W kryzysowej sytuacji mogą ci nawet udostępnić wolny przedział, jeśli widzą, że bestia się męczy. Nie jest to oczywiście reguła, ale z mojego doświadczenia wynika, że jest to możliwe 🙂
https://www.facebook.com/zapsiepieniadze/photos/a.660966967625445.1073741829.523440464711430/660966940958781/?type=3&theater
Naucz psa toalety przed podróżą. Wiem, brzmi dziwnie, ale o ile ułatwia życie, i zapewnia spokój ducha, kiedy twój pies robi ostatnią kupę zawsze tuż przed wejściem na dworzec.
Jeśli twój pies jest za duży, żeby wziąć go pod pachę i wsadzić do wagonu, warto mieć ze sobą smakołyki. Jussi tylko raz bała się wyskoczyć z wagonu na peron, i na szczęście było to na końcowej stacji. Jeśli smakołyki nie działają na zwierza, może warto zrobić próbę i podejść wcześniej na dworzec, sprawdzić który pociąg ma dłuższy postój i poćwiczyć wchodzenie do wagonu?
Zadbaj o swój bagaż. Najlepiej miej ze sobą plecak, bo wtedy masz obie ręce wolne na psa. Nie próbowałam nigdy jechać z Jussi i walizką na kółkach, zwyczajnie wydaje mi się to niewygodne. Zwłaszcza kiedy musisz pędzić na przesiadkę bo jest opóźnienie.
Udało mi się dotrzeć do 10 punktów! Zaprzyjaźnij się ze współpasażerem, który ma miejsca obok ciebie. Chodzenie z psem do toalety w pociągu jest możliwe ale niewygodne. Do wagonów restauracyjnych nie wpuszczają psów. (PKP, właśnie, o co chodzi? W najlepszych restauracjach można a u was nie?), więc możliwość poproszenia kogoś o opiekę nad bestią jest na wagę złota.
To już wszystkie protipy, które udało mi się zebrać podczas naszych podróży pociągiem. Jednocześnie chciałam dać ci znać, że w kwartalniku Przystanek Dolny Śląsk mamy z Jussi małą kolumnę na temat naszych podróży pociągiem po Dolnym Śląsku.
Jeśli masz jakieś pytania odnośnie psa w pociągu, lub coś nie jest dla ciebie jasne, daj znać w komentarzach. Chętnie pomogę.

Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:
Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…
Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.
I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.
Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!
https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/
Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.
Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.
I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.
Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.
Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.
Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).
Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?
Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.
Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).
Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.
Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.
Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.
Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.
Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.
Jak tu lubić chodzenie po górach?

Od 28 kwietnia Koleje Dolnośląskie wprowadzają nowe połączenie weekendowe: Wrocław – Adrspach (Skalne Miasto). Jest to zatem idealna okazja, żebym opowiedziała ci o naszym leniwym jesiennym wypadzie do Skalnego Miasta właśnie, które jest też super psioprzyjazne.
Ponieważ było to jesienią zeszłego roku, kiedy miałam jeszcze do dyspozycji moje ukochane Renault Clio, decyzję o wyruszeniu za miasto mogłam podjąć w każdej chwili. Tak też było tym razem. Po śniadaniu stwierdziłam, że bez sensu jest marnować taki piękny jesienny dzień w mieście i wyruszyliśmy.
Autem do Skalnego Miasta jedzie się około dwie godziny, trasa zresztą, jak zawsze na Dolnym Śląsku, jest przepiękna. Koleje Dolnośląskie obiecują dotrzeć tam w niecałe trzy godziny, zatrzymując się po drodze w Wałbrzychu i czeskim Mezimesti. Pociąg będzie odjeżdżać z Wrocławia o 5:46 i docierać do Adrspach o 8:45. Koszt to 48 zł w dwie strony z Wrocławia (bilet ważny jest dwa dni).
W tej cenie można zatem odwiedzić tez Skalne miasto w Teplicach, dzisiaj jednak skupię się na samym Adrspach.
My do Skalnego Miasta dojechaliśmy po godzinie 13, więc nie mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie, ale wystarczyło, żeby przejść główną trasę, zajęło nam to około 3 godzin.
Bilet do Skalnego Miasta to 70 koron czeskich dla dorosłego i 10 dla psa, co daje w sumie jakieś 13 złotych. W cenie biletu dla psa dostajesz też papierowy worek na kupę (mówiłam, że jest psioprzyjaźnie)
Spacer zaczęliśmy od kasy biletowej II, która mieści się przy jeziorku. Jezioro zostawiliśmy sobie jednak na sam koniec, i ruszyliśmy główną trasą spacerową.
Powiem szczerze, te gigantyczne kamienie wyrastające nie wiadomo skąd robią ogromne wrażenie ale czasami trzeba się nieźle nagłówkować, żeby zauważyć skąd pochodzą ich nazwy. Same formacje należą do znanych nam dobrze Gór Stołowych i powstały z górnokredowych piaskowców. Jest to też bardzo popularny teren do wspinaczki.
Co ciekawe, tak naprawdę szlaki spacerowe zawdzięczamy wielkiemu pożarowi lasu z roku 1824, który to w kilka tygodni zniszczył prawie cała roślinność leśną i pozwolił na stworzenie ścieżek.
Szlak nie sprawia żadnej trudności, powiedziałabym nawet, że jest to trasa spacerowa. Jedyne, na co trzeba zwrócić uwagę, to schody, których jest tam trochę. Jeśli twój pies jest starszy, lub bardzo mały, jest szansa, że będzie dla niego problemem zdobycie tylu stopni.
Jussi schody lubi i wchodzi na nie z przyjemnością, a schodzi w szaleńczym tempie. Przyciągała też uwagę turystów, ponieważ co chwilę wskakiwała na jakieś kamulce albo korzenie i miała sesję zdjęciową. Zresztą, jestem pewna, że gdyby mogła, przewąchałaby solidnie wszystkie skalne zakamarki.
Co do zdjęć, jeśli marzą ci się zdjęcia na których wyglądasz, jakbyś była na szczycie świata, ale masz lęk wysokości – jedź do Skalnego Miasta. Możesz tutaj wyczarować naprawdę piękne wrażenie, że się nawspinałaś co niemiara.
Cała trasa liczy sobie 20 punktów widokowych, przy których warto się zatrzymać na dłużej. Moimi ulubionymi były zdecydowanie: Słoniowy Rynek, gdzie udało mi się wypatrzyć skalną trąbę słonia, Wielki Wodospad koło Popiersia Goethego i Punkt Widokowy na Starostę.
Bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie też napisy wyryte w skałach. Widać, że są bardzo stare, a jaką piękną czcionką pisane!.
No i najważniejsze! To znaczy nie dla mnie najważniejsze, a dla mojego towarzysza podróży – na trasie można zjeść gofry! (oscypki też, jakby ktoś wolał) plus można zapłacić polskimi złotówkami. Niestety, kompletnie nie pamiętam, ile taki gofr kosztował. Przy wyjściu ze Skalnego Miasta znajdują się też pawilony z jedzeniem, ale jestem pewna, że w samym Adrspach można zjeść prawdziwy czeski obiad i popić go pysznym piwem za niewielkie pieniądze.
Na sam koniec zostawiliśmy sobie jeziorko powstałe w starej piaskowni. Jest tu jeszcze jedno jeziorko, na którym w sezonie można za 50 koron (czyli niecałe 10 zł) popłynąć w rejs 😉
Wiesz co? Nie powiem ci już nic więcej o tym Skalnym Mieście. Spodziewaj się, że przetestuję w tym roku ofertę Kolei Dolnośląskich i jeden weekend poświęcę na dwa czeskie skalne miasta. A tymczasem łap zdjęcia tutaj i w galerii. I kupuj bilet na pociąg, bo warto!

Mam to szczęście, że zdarzyło mi się mieszkać w więcej niż jednym dużym mieście w Polsce. W dwóch z nich mieszkała też Jussi. Oczywiście nie jestem ekspertem odnośnie psioprzyjazności polskich miast, doświadczenie jednak mówi mi, że jest tylko jedno tak przyjazne miasto w Polsce. A kiedy to miasto organizuje jeszcze dodatkowo jeden z najpiękniejszych wizualnie festiwali w Polsce… to może to być tylko Łódź.
Powiem od razu, nie spaceruj z psem wieczorami na Light Move Festiwal. No chyba, że twój pies to taki kieszonkowiec, który mieści Ci się na ręce i w razie wejścia w dziki tłum możesz go bezpiecznie schować pod kurtką. Ale jeśli masz gdzie zostawić zwierza na kilka godzin, połącz przyjemne z przyjemnym, i zwiedź najbardziej niedocenione miasto na zachód od Wisły.
Oczywiście polecam ci weekendową wizytę w Łodzi, tak, abyś mogła docenić nie tylko sam festiwal ale i całe bogactwo jakie Łódź może zaoferować.
Śniadaniowa oferta w tym mieście wymiata. Na samym Off Piotrkowska jestem w stanie wymienić ze trzy knajpy, których menu śniadaniowe sprawia, że ślinię się jak Jussi na widok wielkiej kości. Czy pisałam już, że wszystkie trzy są psioprzyjazne, a obsługa, zanim jeszcze poda ci menu, leci już z miską wody dla bestii? Aha, droga Wrocławianko, czy wesz, że w Łodzi filiżanka kawy (herbaty, soku itp.) jest już zawarta w cenie śniadania?
https://www.instagram.com/p/0Ns5h7Or4J/?taken-by=kamilinski
Ponieważ wieczór psina spędzi w czterech ścianach, trochę dlatego, że tłumy, a trochę dlatego że i tak nie doceni iluminacji na Łódzkim Domu Kultury, trzeba zadbać o to, żeby solidnie wybiegała się za dnia. W niedalekiej odległości od ulicy Piotrkowskiej mamy aż pięć parków, w których można miło spędzić czas ze zwierzakiem. Do moich ulubieńców należą jednogłośnie:
W każdym z tych parków znajduje się czynna pompa z wodą, którą można napoić psa. Źródliska są pięknie utrzymanym parkiem. Otaczają muzeum kinematografii, mają piękne polanki, gdzie można solidnie poganiać z psem, potrenować sztuczki czy pobawić się w aport. Powiem ci w tajemnicy, że w Łodzi pies może być puszczany ze smyczy (musi jednak być w kagańcu) w miejscach, gdzie nie stwarza to zagrożenia, i kiedy pies nas słucha. Plus, parki Źródliska są ogrodzone i na tyle duże, że nie musisz się martwić o to, że pies wybiegnie Ci na ulicę.
Dodatkowymi atutami Źródlisk są: palmiarnia (tu nie można z psem, ale warto kiedyś przy okazji zajrzeć), i obłędna kawiarnia Tubajka (tu można i z psem i z dziećmi, dzieci mają tu zresztą osobny pokój do zabaw, którego szczerze im zazdroszczę).
Park Źródliska II jest tuż obok, ten park jest trochę bardziej „dziki”, to znaczy, mimo że równie zadbany, ma trochę inny klimat, nie wydaje się być tak samo ułożony i wypielęgnowany. Przypomina mi nieco moje wyobrażenie o Tajemniczym Ogrodzie z opowieści Frances Hodgson Burnett, kiedy czytałam ją w podstawówce. Nie ma tu żadnych kawiarni ale jest sporo mini wąwozów, gdzie możesz pobawić się w chowanego z psem, albo po prostu rozłożyć koc na trawie i cieszyć się tym, że pies biega wokół ciebie luźno, zupełnie jakbyś miała własny ogród przy domu.
Park Moniuszki to właściwie większy skwer. Skwer z przepięknie odrestaurowaną cerkwią, i widokiem na dworzec Łódź Fabryczna. W zasadzie nic specjalnego, ale park ten lubię szczególnie, ponieważ mieszkałam kiedyś w okolicy, i było to nasze codzienne miejsce spacerów z Jussi. A i może dlatego, że zawsze kiedy mijałyśmy grupkę starszych pań tam spacerujących codziennie wysłuchiwałam komplementów na temat urody Jussi. W tym parku moja sąsiadka codziennie rano z kubkiem kawy w ręku wyprowadzała Chili – młodego owczarka niemieckiego.
Na końcu opowiem ci o Parku Poniatowskiego. Jest trochę bardziej oddalony od Pietryny, ale nadrabia powierzchnią. Miejsca do biegania jest tu co niemiara, alejki nadają się do jeżdżenia na rolkach czy deskorolce, latem są organizowane naprawdę fajne imprezy. W sezonie wiosenno/letnio/jesiennym można zakupić kawę czy zaopatrzyć się w inne foodtruckowe przysmaki. Do tego jest tu wykopana wielka dziura w ziemi. Latem służy do rowerowych sztuczek a zimą do zjeżdżania na sankach czy pierwszych w życiu narciarskich zjazdów. Nam służyła przede wszystkim do „górskich” aportów (psa trzeba jakoś zmęczyć). W parku Poniatowskiego uczyłam też Jussi wskakiwać na rzeczy (głównie skrzynki elektryczne).
Jest jeszcze park Sienkiewicza z pomnikiem Plastusia, i park Staromiejski, zwany parkiem Śledzia, na drugim końcu ulicy Piotrkowskiej. Wszystkie równie zadbane, wszystkie oświetlone nocą, wszystkie psioprzyjazne.
Jedzenie w Łodzi to temat na osobnego posta. Miejsc, w których na samej Piotrkowskiej można zjeść dobrze, i za adekwatną do jakości cenę jest tyle, że łatwiej będzie mi powiedzieć: gdzie nie wejdziecie, będzie dobrze. Jeśli zdarzy się jeszcze sezon ogródkowy, z psem można zjeść wszędzie. Jeśli ogródków już nie ma, pewniakiem są, po raz kolejny, lokale na Off Piotrkowska, Lokal w pasażu Shillera, burgerownie Jerry’s i Bobbie burger, Niebostan, Włoszczyzna i na pewno wiele innych, których nie miałam okazji przetestować osobiście. Najlepiej wejść i zapytać. Na 80% procent usłyszycie radosne tak :).
Jedyny minus Łódzkiej gastronomii to obsługa, która chociaż psy kocha całym sercem, tak dbanie o ludzi wychodzi im czasem nieco gorzej. Ale i tak są super uprzejmi, po prostu czasami zapomną jakiegoś zamówienia, albo czas oczekiwania na potrawę wydłuża się w nieskończoność.
Najedzeni, wyspacerowani, możemy zostawić psiaka samego, drzemka wejdzie mu na pewno po tylu atrakcjach, a sami możemy udać się w końcu na Light Move Festiwal.
Do tej pory udało mi się być na trzech edycjach, i nie przesadzam, mówiąc, że każda była zupełnie inna. Połączenie światła i muzyki, jak również instalacje artystyczne za każdym razem robią niesamowite wrażenie. Pozwól jednak, że skupię się tutaj na ubiegłorocznej edycji.
https://www.instagram.com/p/BZrhWQIlSCG/?taken-by=kamilinski
Jej motywem przewodnim było „no limits, szlakiem awangardy”, a inspiracją byli nie tylko Kandinsky czy Strzegomski, ale i Dali. Instalacje były skupione wzdłuż ulicy Piotrkowskiej, od Stajni Jednorożców po Manufakturę. Nie będę za dużo rozpisywać się na temat poszczególnych atrakcji, pozwolę zdjęciom opowiedzieć ci resztę. Spodziewaj się w tym tygodniu dwóch galerii, jednej z Festiwalu a drugiej z naszego życia w Łodzi.
Chociaż zaczęliśmy spacer po Festiwalu od Stajni Jednorożców, ominęliśmy instalację w parku Sienkiewicza i ostatecznie nie zobaczyliśmy jej wcale. Zobaczyliśmy za to instalacje w pasażu Leona Shillera, i dalej, wzdłuż Piotrkowskiej. Potem odbiliśmy trochę na prawo, żeby obejrzeć iluminacje na Łódzkim Domu Kultury i na Soborze św. Aleksandra Newskiego. Tak jak przewidywaliśmy, trzeba było przebić się przez tłumy ludzi, ale naprawdę było warto.
Po tych wizualnych przeżyciach nadeszła pora na piwo, oczywiście w Piwotece 😉 a potem poszliśmy do Parku Staromiejskiego, zobaczyć iluminacje inspirowane Strzemińskim i Kobro, łódzkimi prekursorami awangardy. Wracaliśmy już ulicą Zieloną, ponieważ zmęczyły nas tłumy entuzjastów Kinetycznej Sztuki Światła, ale oczywiście musieliśmy jeszcze wrócić na Piotrkowską, żeby wymienić się wrażeniami 🙂
Jussi była po spacerach tak zmęczona, że przywitała nas większym zdziwieniem niż radością.
Jeśli jeszcze Cię nie przekonałam do wizyty w Łodzi, to chyba juz mi się nie uda. W każdym razie polecam i zapraszam serdecznie. Łódź cię nie zawiedzie.
Light move Festival odbywa się w Łodzi od siedmiu lat, zawsze pod koniec lata. Ósma edycja będzie miała miejsce w dniach 28-30 września 2018 roku. Więcej informacji na temat festiwalu możesz znaleźć na stronie lmf2017.lmf.com.pl lub na ich facebookowym profilu LightMoveFestival.

Na co dzień korzysta z internetu w komputerze, telefonie komórkowym, telewizorze. Nie wyobraża sobie dojechać na drugi koniec miasta bez sprawdzenia trasy na jakdojade. Już dawno przestał zapisywać muzykę na mp3 i zgrywać pliki na twardy dysk, zamiast tego słucha, czego chce i kiedy chce na Spotify czy Tidalu. Bilet na PKP kupuje przez aplikację i śmieje się z tych, co stoją w kolejkach. Polski turysta górski.
Już dawno zapomniał jak wygląda znaczek pocztowy.
Potrafi znaleźć stronę schroniska górskiego, żeby wystawić im negatywną opinię.
Jednak kiedy idzie w góry, cały współczesny świat znika. To nie jest tak, że nie bierze ze sobą komórki. Bierze, i ładuje ją potem w schroniskach. Cieszy się z ciepłej wody i pije kraftowe piwa na szczycie. Czyta książki na kindlu. Z jakiegoś jednak powodu nie chce przyjąć do wiadomości, że czasy, kiedy prośbę o rezerwację wysyłało się do schroniska na pocztówce znad morza, i jechało na drugi koniec Polski licząc, że pocztówka dotarła, a nocleg został zarezerwowany, już minęły. Czasy, w których wiedziało się, że prowadzący schroniska nie znajdą czasu, żeby odpisać, bo ich życie to praca 24/7, 365 dni w roku.
Czasy, kiedy gleba miała sens, bo zwyczajnie nie było innej opcji.
Polski turysta robi research wszystkiego. Pyta na grupach jakie buty trekkingowe są najlepsze, jaka kurtka osłoni przed wiatrem, jaki plecak wytrzyma lata niosąc na plecach cały górski dobytek. Potem porównuje ze sobą pięć sklepów internetowych pod kątem wysyłki, dostawy, ceny, aby mieć pewność, że wybrał najlepiej. Że jest dobrze przygotowany do wyprawy.
Polski turysta rezerwuje bilety na Star Wars z dwumiesięcznym wyprzedzeniem.
Polski turysta oczekuje, że schronisko górskie będzie miało intuicyjną stronę internetową, i fejsbuka z pięknymi zdjęciami. Że odpowiedzi w internecie będą zawsze wyważone i profesjonalne. Polski turysta traktuje prowadzących schroniska górskie tak, jak traktuje każdą inną firmę, która ma dział marketingu, obsługi klienta, planowania, osobny budżet na działania wizerunkowe i korzysta z zewnętrznej agencji do robienia social media. Na nizinach schroniska górskie grają według praw rynku.
Wszystko zmienia się, kiedy polski turysta jedzie w góry.
Ładuje on papierową mapę w kupiony w internecie plecak, razem z karimatą, śpiworem, lustrzanką i smartfonem. Nie planuje trasy, idzie na żywioł. Dokąd idzie? Do słońca. To chyba jasne.
Na szlakach już dawno przestał mówić cześć mijanym ludziom, przecież nie będzie uczył kultury weekendowych spacerowiczów.
Polski turysta po dotarciu do schroniska wie, że nocleg mu się należy. W końcu jest w górach. Dzięki karcie członkowskiej PTTK, za którą zapłacił w tym roku 45 złotych, ma 10% zniżkę na nocleg w każdym schronisku, które, jak nazwa wskazuje, musi dać mu schronienie. Inaczej to byłby przecież hotel, a polski turysta nie sypia w hotelach.
Polski turysta jeśli ma do wyboru łóżko i glebę, zawsze wybierze glebę. W końcu w schronisku musi być klimat. Plus, we wspólnej sali i na korytarzach częściej można znaleźć gniazdko. A lustrzanka i telefon muszą się przez noc naładować prądem. Polski turysta zje teraz kwaśnicę i napije się piwa. Najlepiej lokalnego, z małego browaru. I w cenie jakiejś normalnej a nie 8 zł. Przesada. Prowadzący schronisko muszą być dla polskiego turysty mili, przecież jest ich gościem, a gościa się traktuje z szacunkiem. Plus zawsze potem może im napisać na fejsie, że mogliby się uśmiechnąć.
Polski turysta chce, żeby schronisko było czyste i zadbane, żeby było dla niego otwarte cały rok, w końcu nigdy nie wiadomo kiedy poczuje on zew natury. Polski turysta z chęcią skorzysta z posiadówki przy ognisku, na które ktoś inny narąbał mu drewna. Polski turysta chciałby w górach odciąć się od świata współczesnego i śpiewać Stachurę z innymi polskimi turystami. Wiesz, poczuć ten klimat ducha gór. Polski turysta nie wierzy w planowanie i rezerwację w górach. Polski turysta chce, żeby obsługa schroniska ładnie pachniała, bo w końcu są w pracy. Fajnie by było jakby z uśmiechem przynieśli mu dodatkowe koce, bo na glebie twardo i zimno. Polski turysta pyta o hasło do wi-fi.
Kiedy polski turysta słyszy, że schronisko dzisiaj nieczynne, że dzisiaj nie ma noclegu, to wie, że zawsze może wystawić negatywną opinię w internecie. Może zainteresuje lokalne media problemem. W końcu, dla niego, polskiego turysty, miejsce musi się znaleźć zawsze. On tu przecież wszedł sam! Na tych nogach, on się postarał, zrobił swoje.
Polski turysta nie rozumie, dlaczego go odprawiono, przecież schronisko jest dla niego. Wymyślił sobie, że obejrzy wschód słońca z tego pięknego miejsca, a oni mu w tej ruderze odmawiają noclegu? Na podłodze?
Polki turysta w górach czuje się jak u siebie, więc wie, że dzierżawcy schronisk czytali umowę przed podpisaniem. Wiedzieli na co się piszą. Oni są tu po to, żeby polskiemu turyście było miło. Jeśli się nie podoba, to wypad.
Polski turysta zna dzierżawców innych schronisk, w których taka sytuacja nie miałaby miejsca.
Polskiemu turyście czasami mylą się schroniska górskie ze Starbucksem. Dlatego do każdego i zawsze przykłada taką samą miarę. Polski turysta chce w górach klimatu sprzed stu lat, ale tylko wtedy, kiedy polskiemu turyście to pasuje. Wieczór przy ognisku z telefonem ładującym się obok. Kwaśnica z kraftowym browarem. Rezerwacja na pocztówce z szybkimi kulturalnymi odpowiedziami na fejsie. Domowy klimat z marektingowym zapleczem.
Polski turysta nie jest złym turystą. Polski turysta po prostu już nie wie kim jest.
(składka członkowska w PTTK w 2017 roku to 45 zł, a wg strony PTTK członków zwyczajnych płacących składki jest około 60 tys, co daje niecałe 3 miliony złotych rocznie. Cena za nocleg w schroniskach na dolnym śląsku waha się pomiędzy 30-50 zł, w cenie mamy nie tylko schronienie ale i obsługę, sprzątanie po nas, i to często w trudno dostępnych miejscach, w których transport żywności czy wywóz śmieci bywa utrudniony. Schroniska górskie muszą być czynne przez cały rok, nawet w miesiącach w których turystyka w regionie jest martwa, aby w razie potrzeby zapewnić schronienie wędrowcom)
(tekst powstał zainspirowany lekturą for internetowych i burzy krytykującej schroniska górskie, jaka się na nich rozpętała po tym, jak schronisko Na Szczelińcu odmówiło noclegu pewnemu turyście, w zamian proponując nocleg w Pasterce. 2 kilometry dalej)