Tag: wspinaczka

  • Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:

     

    ja nie lubię chodzić po górach.

     

    Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…

    szrenica w oddali

    Miłe złego początki

    Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.

    I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.

    Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!

    pozostałości po mgle

     

    https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/

    Nocne marki

    Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.

    Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.

    taka oto ekipa

    Jussi zawsze sobie znajdzie zabawę

    Życie bez prądu

    I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.

    Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.

    Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.

    to tylko wygląda strasznie

    Brak widoków na przyszłość

    Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).

    Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?

    Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.

    szaleńcy na zboczu

    Jussi i Śnieżne kotły

    Czeskie przygody

    Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).

    Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.

    temu podłożu nie można ufać

    Jussi na ko

    Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.

    przykład niezaimpregnowanych butów

    Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.

    Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.

    Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.

    Jak tu lubić chodzenie po górach?

     

    nareszcie koniec!

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Góry Stołowe – najbardziej hipsterskie góry w Polsce

    Góry Stołowe – najbardziej hipsterskie góry w Polsce

    Szczeliniec jest jednym z dwóch schronisk w Polsce, do którego nie dojedziesz samochodem. Towary do schroniska transportowane są specjalną windą towarową. Mimo to, możesz tam napić się Wrocławskiego, kraftowego piwa. Takie właśnie są Góry Stołowe: trzeba na nie zapracować, ale kiedy już się tam znajdziesz, czujesz się jak w domu.

    Radków, czyli od teraz płatność tylko gotówką

    Naszym pierwszym przystankiem był Radków, położony około 120 km od centrum Wrocławia, czyli jakieś dwie godziny jazdy samochodem. Miasteczko jest malutkie, ma uroczy rynek. W rynku jest bankomat. To ważne, bo w Górach Stołowych płacić można tylko gotówką. Z Radkowa zapamiętałam tyle, że było gorąco, więc spacer wokół renesansowego ratusza był bardzo krótki.

    Do Schroniska Pasterka można dojechać autem bez większych problemów. Część drogi wiedzie przez poetycko nazwaną Drogę Stu Zakrętów. Jest to trasa wiodąca od Radkowa przez Karłów po Kudowę, której różnica wysokości między najniższym i najwyższym punktem wynosi ponad 400 metrów przy długości 23 kilometrów. To dużo, zwłaszcza jeśli jedzie się ponad dwudziestoletnim autem. Droga wiedzie przez las, więc o pięknych widokach nie może być mowy, za to emocje zapewniają wielkie głazy, które raz na jakiś czas wyrastają na zakrętach.

    Góry Stołowe – niby góry, a płasko

    18 kilometrów, trochę ponad pół godziny i ze dwa zawały serca później, jesteśmy już w Pasterce. Schronisko należy do PTTK, a jest prowadzone przez grupę młodych osób, które dużo pracy włożyły w to, aby podróżnik mógł czuć się tutaj jak u siebie. Pokoje są wyremontowane i czyste, łóżka i szafki na rzeczy – nowe. Psiaki nocują za darmo. Najlepsze jest jednak to, co poza Pasterką, no bo czy jest coś lepszego niż jedzenie pierogniewa i picie piwa z widokiem na Szczeliniec takim, jak ten?

    zastrzegam, że balona może nie być podczas waszego pobytu

    Jedną z fajniejszych rzeczy tutaj jest to, że niby góry, a płasko. Spacerowałyśmy więc albo po bajecznie zielonych łąkach na których różnice wysokości były niewielkie, albo wspinałyśmy się po wielkich kamieniach, które razem tworzyły strome wejścia. Aby dojść na Szczeliniec wybrałam szlak żółty, krótki ale zupełnie dziki, nie ma tam schodów, barierek czy poręczy. Za to na wejściu zachęca nas do powrotu Pasterkrowa, dobrze, że nie wspomnieli o tym, że mają burgery w menu, bo kto wie czy bym nie zawróciła.

    W deszczowy dzień pewnie przeklinałabym to wspinanie się po skałach, ale że pogoda była piękna byłam zachwycona. Jussi skakała po kamieniach jak kozica, ale mniejszy pies pewnie potrzebowałby pomocy z wejściem na niektóre z nich. Sama droga nie powinna zająć więcej niż godzinę, no chyba, że tak jak ja, każecie psu pozować na co drugim kamieniu i co dwa metry oglądacie się za siebie żeby podziwiać widoki. Na sam szczyt dochodzimy już schodami, które łączą schronisko z parkingiem położonym niżej.

    Szczeliniec… lody, gofry i piwo z Browaru Stumostów. A, no i widoki.

    Panorama na Sudety jest nieziemska, nie trzeba nawet wchodzić na platformę widokową, bo ze stolików na zewnątrz schroniska już i tak można się nieźle napatrzeć. Po małej przerwie ruszamy ścieżką turystyczną Parku Narodowego Gór Stołowych „Skalne Miasto”. Panie z kasy częstują Jussi jabłkami, a ja dopytuję się, czy nie ma tam jakiś drabiniastych podejść. Nie ma. Wchodzimy.

    Małpy, konie i wielbłądy

    Drabiniastych podejść nie ma, ale jest kilka platform widokowych do których prowadzą metalowe schody ze stopniami z kratki. W upale mogą być gorące, więc uwaga na psie łapki. Pierwszymi atrakcjami są formacje skalne przypominające małpoluda i wielbłąda, ale prawdziwa zabawa zaczyna się kilka metrów dalej. Chodzi o zejście do przesmyku pomiędzy skałami, gdzie ciągle leży śnieg, a schody są wilgotne i wytarte tysiącami stóp, z przyczepionym na smyczy do ciała labradorem, który ze schodów nie schodzi, a zbiega. Podobno na dole było zimno, mi tam było gorąco. Aha, jeśli wasz pies nie umie grzecznie schodzić po schodach, zastanówcie się, czy zależy wam na tej atrakcji. Jussi na szczęście reaguje na komendę stop, więc bardzo powoli, ale z sukcesem udało nam się przejść całość bez ani jednego upadku.

    Potem jest tylko lepiej, po drugiej stronie Szczelińca znajdują się dwa tarasy widokowe. Przepiękne widoki, i radość z przeżycia, czy trzeba czegoś więcej?

    Co tu robią dinozaury?

    Ze „Skalnego Miasta” kamienne schody i kładki w lesie prowadzą nas do Karłowa. Jednak pierwsze co widzimy po zejściu to… szyje dinozaurów. Okazuje się bowiem, że tuż pod wejściem na Szczeliniec zainstalował się Park Dinozaurów. Przez chwilę kusiło mnie, żeby zapoznać Jussi z tymi prehistorycznymi, majestatycznymi stworzeniami, ale chęć na kromkę chleba ze smalcem wzięła górę.

    Stolica górskich przewodników

    Karłów to malutka wioseczka, w której znajduje się ogrom pensjonatów i alejka z badziewiem rodem z Zakopanego. My zaś wzięłyśmy na cel fort Karola, oddalony od Karłowa o jakieś 20 minut spacerem. Zupełnie nie rozumiem dlaczego nikogo tam nie było, bo widok na Szczeliniec jest tam absolutnie genialny. Mam wrażenie, że miejscowi lubią się tam wdrapać i zrelaksować w tych pięknych okolicznościach przyrody.

    Sam Fort był częścią twierdz broniących drogi do Radkowa. Za zasługi przy budowie, sołtys Karłowa, Franz Pabel, został pierwszym w historii mianowanym przewodnikiem górskim, z prawem pobierania opłat.

    Szlak z Karłowa do Pasterki to droga przez łąki, rodem z tapety Windowsa XP. Spacer trwa niecałą godzinę ale trzeba uważać na oznaczenia, bo można się zgubić wśród tych zielonych łąk.

    Pierwszy dzień zakończyłyśmy powrotem do Pasterki, zjedzeniem pierogniewa (taki pieróg z nadzieniem, tylko ogromny) i podziwianiem Szczelińca.

    Błądzenie po Błędnych Skałach

    Następnego dnia wyruszyłyśmy na Błędne Skały. Trasa została obrana w taki sposób, żeby nie idąc dwa razy tym samym szlakiem, wrócić do Pasterki, gdzie czekało na nas auto. Zaczęłyśmy więc od szlaku zielonego, którego większość jest przyjemnie zacieniona drzewami, spacer trwa około 80 minut, a wyzwaniem może być tylko jeden fragment trasy, który prowadzi zboczem z wystawą południową, na którym nie ma zbyt wielu drzew i idzie się w słońcu.

    Wcześniej jednak mija się miejsce, w którym kiedyś była osada Ostra Góra. Z samej miejscowości ostało się tylko kilka chałup (teraz wojskowy ośrodek szkoleniowy) i dzwonnica alarmowa, a nowością jest tutaj pomnik (chyba) papieża.

    Podczas podejścia po nasłonecznionej stronie góry, robiłyśmy kilka przystanków, żeby Jussi mogła napić się wody i odpocząć w cieniu wielkich kamieni. Te kamienie, to jest zresztą wspaniała sprawa, ponieważ klimat pod nimi jest przyjemnie chłodny i a powietrze wilgotne, nawet w upalne popołudnie.

    Błędne Skały były pełne turystów. Po krótkim namyśle postanowiłam nie wchodzić na teren ścieżki turystycznej, sama w tym tłumie nie miałabym jak popodziwiać widoków, a co dopiero z labradorem na smyczy. Postanowiłam za to przejść na czeską stronę i odwiedzić położony nieopodal Machov z nadzieją na to, że w jakiejś tamtejszym hostincu przyjmą polską kartę lub gotówkę.

    Czeskie przygody Jussi

    Nie pomyliłam się, a do tego Jussi mogła pobiegać luzem, bo ludzi na tej ścieżce było jak na lekarstwo, a i Czesi mają przyjaźniejsze nastawienie do psiaków. Do tego szlak wiedzie obok skałek, które zdają się być gratką dla wspinaczy.

    Machovska Lhota to urocza wioseczka. Z żółtej trasy, mijając pasące się stado owiec, zeszliśmy prosto nad hostiniec u Lidmanu. Sam spacer po Machovie to nie był najlepszy pomysł w niedzielne popołudnie, ponieważ nic, ale to nic się tam nie dzieje. Źródłem życia i rozrywki jest zatem pobyt w karczmie, gdzie można zjeść smażony syr (oczywiście), napić się piwa lub Kofoli, i zapłacić zarówno czeskimi koronami jak i polskimi złotówkami (przelicznik korzystny).

    Niespodzianka czekała nas po oddaleniu się w stronę Pasterki niebieskim szlakiem. Wyobraź sobie, że pod laskiem w górze miejscowości ktoś postawił ławeczkę, na której można sobie usiąść i podziwiać taki oto widok:

    Sama droga do Pasterki wiedzie przez szczyt góry, co może nie jest najlepszym pomysłem po zjedzeniu czeskiego obiadu i opiciem się półlitrowym napojem gazowanym, ale jak to mówią, mądry Polak po szkodzie.

    Potem już tylko lasy, łąki, znajoma ścieżka z Windowsa XP i auto. Do następnego!

    Jeśli podczas swoich podróży lubisz zachwycać się przyrodą ale nie chcesz uciekać zbyt daleko od znanych Ci z miejskiej dżungli atrakcji takich jak piwo z małych browarów czy młoda ekipa prowadząca fajny lokal, to Góry Stołowe są dla Ciebie!

  • Śnieżnik – kwestie organizacyjne

    Śnieżnik – kwestie organizacyjne

    Hej!

    Mam nadzieję, że ostatnie zdjęcia rozbudziły Twój podróżniczy apetyt. Dzisiaj dowiesz się, jak zorganizować weekendowy wypad z Wrocławia na Śnieżnik, a także, ile to wszystko może kosztować. Omówię kwestie dojazdu, posiłków i noclegu. Mam nadzieję, że zainspiruje Cię to do zaplanowania własnego wyjazdu!

     

    Dojazd na Śnieżnik

    Chcąc wejść na Śnieżnik, trzeba dotrzeć do jednej z miejscowości znajdujących się u podnóża góry. Ja odwiedziłam Bolesławów i Kamienicę, dwie wioseczki połączone ze sobą i bardzo spokojne (brak turystów!) a także Międzygórze, (turystyczny kurort, bardzo malowniczy, pięknie położony). Startując z Wrocławia, do każdej w tych miejscowości można dojechać autobusem lub samochodem; w każdej znajdują się parkingi, na których można za darmo zostawić auto.

    Podróż samochodem zajmuje do dwóch godzin, natomiast autobusem trzy i pół godziny, z jedną przesiadką w Kłodzku (do sprawdzenia połączeń autobusowych świetnie nadaje się strona e-podróznik.pl). W autobusach PKS przewóz psów jest dopuszczalny, ale zawsze muszą być one w kagańcu i na smyczy, oraz z ważnymi szczepieniami. W jednym i drugim przypadku koszt podróży w obie strony to około 60 zł.

    Do zaplanowania trasy potrzebna jest mapa. O ile w domu można skorzystać z kilu opcji online, linki znajdziecie poniżej, to trzeba pamiętać, że na szlaku nic nie zastąpi tej prawdziwej, papierowej mapy (4,5 zł).

    Poniżej znajdziesz kilka linków do map online, za pomocą których możesz zaplanować trasę:

    Góry i ludzie – można tu kupić papierowe wydania map, jak i zobaczyć dokładnie te same mapy online. Mapa ta pozwala także na utworzenie linku do wybranego miejsca i sprawdzenia pogody na meteo.pl.

    Planeta Gór – na tej mapie można wybrać pokazywanie schronisk, szczytów czy zamków, przydatna funkcja, jeśli dopiero uczymy się czytać legendy.

    Mapa Polskie Szlaki – ciekawą opcją jest tu możliwość kliknięcia w wybrany szlak, pojawia się wtedy okienko z informacją o długości i czasie przejścia, bardzo przydatne na początku naszej przygody z mapami.

     

    nocleg

    Po wybraniu trasy nie pozostaje nam nic innego, jak upewnić się, że mamy gdzie przenocować. W okolicach Śnieżnika opcji jest kilka: namiot, pensjonat u podnóża góry, lub schronisko. Ja, ze względów finansowych, jak i osobistego lenistwa (skoro weszłam, nie będę już schodzić!), wybieram schroniska. Większość ma nie tylko stronę na Facebooku, ale też własne strony internetowe, gdzie można porównać cenniki, znaleźć numer telefonu, zrobić rezerwację itp.

    Nie zawsze podana jest wiadomość o tym, czy schroniska akceptują psy i czy jest za nie jakaś dodatkowa opłata. Dobrze jest zatem zadzwonić i upewnić się, że psiak nie okaże się problemem. W internecie można znaleźć kila stron informujących o psioprzyjazności schronisk, ale i tak zawsze lepiej jest samodzielnie się upewnić czy nic się nie zmieniło.

     

     

    kosztorys

    Nadeszła pora na podsumowanie finansowe mojej weekendowej wyprawy:

    Dojazd – około 60 zł
    Nocleg – 30 zł, nocleg Jussi gratis
    Jedzenie – nie mogłam się powstrzymać, i po wejściu na górę zamówiłam smażony ser i piwo: 15 + 8 zł
    Prowiant własny – kabanosy, czekolada, woda, owsianka instant i gorący kubek – około 20 zł
    Relaks – ponieważ z powodu mgły postanowiłam nie oddalać się od schroniska, wieczorem pozwoliłam sobie na kolejne dwa piwa – 16 zł
    Śniadanie – szklanka ciepłego mleka do owsianki, plus parówki i chleb – 9 zł
    Woda na drogę – 6 zł (pomimo, że na górze woda jest zaporowo droga, ja i tak wnoszę ze sobą tylko jedną dużą butelkę)
    Kolacja – po zejściu na dół, już przed powrotem do Wrocławia, skusiłam się jeszcze na grillowanego pstrąga przy wodospadzie Wilczki – 20 zł

    Podsumowując, cała wyprawa kosztowała mnie 183 zł. Nie liczę karmy dla Jussi, bo nie był to nadprogramowy wydatek (karmę i smaki je na codzień). Gdybym podróżowała w towarzystwie ludzi, koszt paliwa i jedzenia zmniejszyłby się proporcjonalnie, ponieważ moglibyśmy zabrać więcej prowiantu, dzięki czemu nie musielibyśmy kupować jedzenia w schronisku.

     

    Daj proszę znać, czy jest jakaś kwestia organizacyjna, która spędza Ci sen z powiek a postaram się pomóc! Jeśli myślisz o podobnym wypadzie i masz dodatkowe pytania, zapraszam do komentarzy. Jeśli znasz jakiś ciekawy sposób na dodatkowe ograniczenie budżetu – czekam na Twój głos, chętnie wypróbuję!

  • Śnieżnik – galeria

    Śnieżnik – galeria

    Śnieżnik – galeria

    Cześć!

    Pierwsza wyprawa, o której chcę Ci opowiedzieć, ze względu na osłabienie pochorobowe, rozbita została na dwa weekendy. W sobotę pierwszego weekendu zrobiłyśmy mały rekonesans, a tydzień później wdrapałyśmy się na sam szczyt i nocowałyśmy w schronisku „Na Śnieżniku„.

    Mam nadzieję, że zdjęcia z tej galerii wprowadzą Cię w podróżniczy klimat. Już pojutrze dowiesz się ile to wszystko kosztowało i jak zostało zorganizowane, a w piątek przeczytasz coś więcej na temat samego Śnieżnika, parku krajobrazowego i malowniczych miasteczek leżących u podnóża góry.

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile „wolności”.

    Należy pamiętać, że zgodnie z polskim prawem, pies w parkach narodowych i lasach nie powinien być puszczany luzem.

    Do zobaczenia w czwartek, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila