Tag: trasy

  • Pies w pociągu – zrób to sama!

    Pies w pociągu – zrób to sama!

    Kiedy miałam auto, nie wyobrażałam sobie, jak można podróżować pociągiem z psem tak dużym jak Jussi. A umówmy się, Jussi, ze swoimi trzydziestoma kilogramami wagi nie jest największym z psów. Jednak jazda pociągiem dłuższa niż powiedzmy godzina jawiła mi się jako zupełna abstrakcja.

    Pierwsza okazja nadarzyła się podczas majowego wypadu na hel, dwa lata temu. Pogoda była raczej słaba, więc zamarzyło mi się odwiedzenie trójmiasta. Zwłaszcza, że miałam tam znajomego który mógł nas po trójmieście, a raczej Gdyni, oprowadzić.

    pies_w_pociagu

    Nawet nie pamiętam czy Jussi miała wtedy kaganiec. Wydaje mi się że tak, ale na pewno nie lubiła go nosić. W Łodzi jeździłyśmy tramwajami naprawdę rzadko, no i miałam auto, więc nie czułam potrzeby przyuczania jej do kagańca. Nad morzem pragmatyzm zwyciężył i tak oto chęć napicia się piwa ze znajomym zaważyła nad dotychczasowymi obawami.

    Ponieważ Jussi w aucie nauczona jest spać cała drogę, a od szczeniaka dość regularnie pokonywałyśmy 4 godzinne trasy autem, pociąg potraktowała jak nieco większy samochód. Grzecznie położyła się na podłodze i przespała cała drogę.

    Następna okazja do wożenia psa pociągiem była w ostatnie wakacje, kiedy postanowiłam odwiedzić przyjaciół na lubelszczyźnie. Miałam do wyboru albo kilka godzin w PKP, z możliwością spaceru po wagonie, poczytania książki czy drzemki, albo kilka godzin w starym, wysłużonym aucie bez klimatyzacji. W naprawdę sporym upale.

    Wybrałam więc PKP, i tak już, o dziwo, zostało.

    podroze_z_psem_pociagiem

    Nasza pierwsza długa podróż pociągiem podzielona była na dwa etapy: ICC do Warszawy, wagon bezprzedziałowy, pełna klima, gniazdka w siedzeniach, żyć nie umierać. I TLK do Lublina, skwar, stare wagony obite dywanami, brak cienia. Ostatnia godzina podróży to była droga przez mękę dla mnie, a co dopiero dla futrzaka.

    W drodze powrotnej zepsuła się pogoda, więc podróżowało się nam już dużo przyjemniej.

    Od tej pory Jussi nie raz pokonywała dłuższe i krótsze trasy pociągami, a ja nauczyłam się kilku przydatnych rzeczy na temat psa w pociągu, którymi właśnie teraz zamierzam się z tobą podzielić:

    1. Kaganiec

    kaganiec musi być, nie ważne że twój piesio to najsłodszy słodziak. Ważne, żeby kaganiec pozwalał psu otwierać szeroko paszczę i chłodzić się w ten sposób. Według regulaminu pies powinien być w kagańcu cały czas, ale i podróżni, i konduktorzy zazwyczaj są wyrozumiali i pozwalają ci uwolnić psa od tego obowiązku. Zawsze trzeba jednak pytać.
    Kaganiec przydaje się też w sytuacji, kiedy współpodróżni chcą być mili i próbują karmić twojego zwierzaka resztkami z kanapki albo herbatnikami 😉

    2. Miska na wodę

    mega ważne zwłaszcza latem. Kiedyś zdarzyło mi się jej zapomnieć i Jussi musiała się napić wody z pociągowej umywalki. Nie polecam.

    jazda_w_pkp_z_psem

    3. Kocyk, ręcznik, posłanie

    pies, pomimo, że za bilet płaci od 5 do 15 zł, nie ma wstępu na siedzenie (małe psy mogą siedzieć ci na kolanach, albo być w transporterze), dobrze jest mieć jakiś koc albo ręcznik na którym zwierzak może się położyć jeśli nie lubi leżeć na gołej posadzce.

    4. Lokalizacja

    Jeśli tylko to możliwe, wybieraj wagony bezprzedziałowe. Jest tam więcej miejsca dla stwora, nawet jeśli pociąg jest pełen ludzi.

    pies_w_wagonie_predzialowym

    5. Lokalizacja doprecyzowując

    Naucz psa leżeć pod siedzeniem. Jeśli twój psijaciel jest wielkości Jussi, powinien się bez problemu zmieścić pod siedzenie. Wtedy tylko ty masz problem co zrobić z nogami, ale za to unikasz sytuacji, w której pies leży w przejściu a tabuny podróżnych nie patrzących pod nogi po nim depczą.

    jak_przygtowac_psa_do_pociagu

    6. Konduktorzy

    Uśmiechaj się do konduktorów. Według moich doświadczeń 90% konduktorów w pociągach jest psolubnych. W kryzysowej sytuacji mogą ci nawet udostępnić wolny przedział, jeśli widzą, że bestia się męczy. Nie jest to oczywiście reguła, ale z mojego doświadczenia wynika, że jest to możliwe 🙂

    https://www.facebook.com/zapsiepieniadze/photos/a.660966967625445.1073741829.523440464711430/660966940958781/?type=3&theater

    7. Toaleta

    Naucz psa toalety przed podróżą. Wiem, brzmi dziwnie, ale o ile ułatwia życie, i zapewnia spokój ducha, kiedy twój pies robi ostatnią kupę zawsze tuż przed wejściem na dworzec.

    8. Przezorny zawsze… nauczony!

    Jeśli twój pies jest za duży, żeby wziąć go pod pachę i wsadzić do wagonu, warto mieć ze sobą smakołyki. Jussi tylko raz bała się wyskoczyć z wagonu na peron, i na szczęście było to na końcowej stacji. Jeśli smakołyki nie działają na zwierza, może warto zrobić próbę i podejść wcześniej na dworzec, sprawdzić który pociąg ma dłuższy postój i poćwiczyć wchodzenie do wagonu?

    9. Bagaż

    Zadbaj o swój bagaż. Najlepiej miej ze sobą plecak, bo wtedy masz obie ręce wolne na psa. Nie próbowałam nigdy jechać z Jussi i walizką na kółkach, zwyczajnie wydaje mi się to niewygodne. Zwłaszcza kiedy musisz pędzić na przesiadkę bo jest opóźnienie.

    pies_podrozuje_pkp

    10. Przyjaciele

    Udało mi się dotrzeć do 10 punktów! Zaprzyjaźnij się ze współpasażerem, który ma miejsca obok ciebie. Chodzenie z psem do toalety w pociągu jest możliwe ale niewygodne. Do wagonów restauracyjnych nie wpuszczają psów. (PKP, właśnie, o co chodzi? W najlepszych restauracjach można a u was nie?), więc możliwość poproszenia kogoś o opiekę nad bestią jest na wagę złota.

     

    To już wszystkie protipy, które udało mi się zebrać podczas naszych podróży pociągiem. Jednocześnie chciałam dać ci  znać, że w kwartalniku Przystanek Dolny Śląsk mamy z Jussi małą kolumnę na temat naszych podróży pociągiem po Dolnym Śląsku.

    Jeśli masz jakieś pytania odnośnie psa w pociągu, lub coś nie jest dla ciebie jasne, daj znać w komentarzach. Chętnie pomogę.

     

    podrozowanie_z_psem_koleja

    wycieczka_z_psem_w_koleji

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:

     

    ja nie lubię chodzić po górach.

     

    Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…

    szrenica w oddali

    Miłe złego początki

    Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.

    I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.

    Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!

    pozostałości po mgle

     

    https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/

    Nocne marki

    Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.

    Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.

    taka oto ekipa

    Jussi zawsze sobie znajdzie zabawę

    Życie bez prądu

    I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.

    Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.

    Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.

    to tylko wygląda strasznie

    Brak widoków na przyszłość

    Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).

    Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?

    Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.

    szaleńcy na zboczu

    Jussi i Śnieżne kotły

    Czeskie przygody

    Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).

    Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.

    temu podłożu nie można ufać

    Jussi na ko

    Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.

    przykład niezaimpregnowanych butów

    Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.

    Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.

    Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.

    Jak tu lubić chodzenie po górach?

     

    nareszcie koniec!

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Niedzielny spacer w czeskim skalnym mieście

    Niedzielny spacer w czeskim skalnym mieście

    Od 28 kwietnia Koleje Dolnośląskie wprowadzają nowe połączenie weekendowe: Wrocław – Adrspach (Skalne Miasto). Jest to zatem idealna okazja, żebym opowiedziała ci o naszym leniwym jesiennym wypadzie do Skalnego Miasta właśnie, które jest też super psioprzyjazne.

    Ponieważ było to jesienią zeszłego roku, kiedy miałam jeszcze do dyspozycji moje ukochane Renault Clio, decyzję o wyruszeniu za miasto mogłam podjąć w każdej chwili. Tak też było tym razem. Po śniadaniu stwierdziłam, że bez sensu jest marnować taki piękny jesienny dzień w mieście i wyruszyliśmy.

    jeziorko w dawnej piaskowni

     

    Kilka informacji praktycznych – czym, jak, za ile

    Autem do Skalnego Miasta jedzie się około dwie godziny, trasa zresztą, jak zawsze na Dolnym Śląsku, jest przepiękna. Koleje Dolnośląskie obiecują dotrzeć tam w niecałe trzy godziny, zatrzymując się po drodze w Wałbrzychu i czeskim Mezimesti. Pociąg będzie odjeżdżać z Wrocławia o 5:46 i docierać do Adrspach o 8:45. Koszt to 48 zł w dwie strony z Wrocławia (bilet ważny jest dwa dni).

    W tej cenie można zatem odwiedzić tez Skalne miasto w Teplicach, dzisiaj jednak skupię się na samym Adrspach.

    My do Skalnego Miasta dojechaliśmy po godzinie 13, więc nie mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie, ale wystarczyło, żeby przejść główną trasę, zajęło nam to około 3 godzin.

    Bilet do Skalnego Miasta to 70 koron czeskich dla dorosłego i 10 dla psa, co daje w sumie jakieś 13 złotych. W cenie biletu dla psa dostajesz też papierowy worek na kupę (mówiłam, że jest psioprzyjaźnie)

    Jussi sie cieszy, bo wie że posprzatamy

    Wielki pożar i trochę (pre)historii

    Spacer zaczęliśmy od kasy biletowej II, która mieści się przy jeziorku. Jezioro zostawiliśmy sobie jednak na sam koniec, i ruszyliśmy główną trasą spacerową.

    Powiem szczerze, te gigantyczne kamienie wyrastające nie wiadomo skąd robią ogromne wrażenie ale czasami trzeba się nieźle nagłówkować, żeby zauważyć skąd pochodzą ich nazwy. Same formacje należą do znanych nam dobrze Gór Stołowych i powstały z górnokredowych piaskowców. Jest to też bardzo popularny teren do wspinaczki.

    Co ciekawe, tak naprawdę szlaki spacerowe zawdzięczamy wielkiemu pożarowi lasu z roku 1824, który to w kilka tygodni zniszczył prawie cała roślinność leśną i pozwolił na stworzenie ścieżek.

    nie znam niemieckiego, weic mozliwe ze tu mowia o porzaze, a mozliwe ze o powodzi

    Twoje konto na Instagramie będzie zadowolone

    Szlak nie sprawia żadnej trudności, powiedziałabym nawet, że jest to trasa spacerowa. Jedyne, na co trzeba zwrócić uwagę, to schody, których jest tam trochę. Jeśli twój pies jest starszy, lub bardzo mały, jest szansa, że będzie dla niego problemem zdobycie tylu stopni.

    Jussi schody lubi i wchodzi na nie z przyjemnością, a schodzi w szaleńczym tempie. Przyciągała też uwagę turystów, ponieważ co chwilę wskakiwała na jakieś kamulce albo korzenie i miała sesję zdjęciową. Zresztą, jestem pewna, że gdyby mogła, przewąchałaby solidnie wszystkie skalne zakamarki.

    na szczescie nie mamy lęku wysokości

    Co do zdjęć, jeśli marzą ci się zdjęcia na których wyglądasz, jakbyś była na szczycie świata, ale masz lęk wysokości – jedź do Skalnego Miasta. Możesz tutaj wyczarować naprawdę piękne wrażenie, że się nawspinałaś co niemiara.

    Cała trasa liczy sobie 20 punktów widokowych, przy których warto się zatrzymać na dłużej. Moimi ulubionymi były zdecydowanie: Słoniowy Rynek, gdzie udało mi się wypatrzyć skalną trąbę słonia, Wielki Wodospad koło Popiersia Goethego i Punkt Widokowy na Starostę.

    Bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie też napisy wyryte w skałach. Widać, że są bardzo stare, a jaką piękną czcionką pisane!.

    wandale

     

    Gofry czy knedliki?

    No i najważniejsze! To znaczy nie dla mnie najważniejsze, a dla mojego towarzysza podróży – na trasie można zjeść gofry! (oscypki też, jakby ktoś wolał) plus można zapłacić polskimi złotówkami. Niestety, kompletnie nie pamiętam, ile taki gofr kosztował. Przy wyjściu ze Skalnego Miasta znajdują się też pawilony z jedzeniem, ale jestem pewna, że w samym Adrspach można zjeść prawdziwy czeski obiad i popić go pysznym piwem za niewielkie pieniądze.

    to ja przed przewą na gofry

    Na sam koniec zostawiliśmy sobie jeziorko powstałe w starej piaskowni. Jest tu jeszcze jedno jeziorko, na którym w sezonie można za 50 koron (czyli niecałe 10 zł) popłynąć w rejs 😉

    Wiesz co? Nie powiem ci już nic więcej o tym Skalnym Mieście. Spodziewaj się, że przetestuję w tym roku ofertę Kolei Dolnośląskich i jeden weekend poświęcę na dwa czeskie skalne miasta. A tymczasem łap zdjęcia tutaj i w galerii. I kupuj bilet na pociąg, bo warto!

     

     

     

     

     

     

    ZapiszZapisz

  • Góry Sowie – galeria zdjęć

    Góry Sowie – galeria zdjęć

    Hej!

    Jeśli spodobała Ci się nasza wyprawa w Góry Sowie, zapraszam cie do obejrzenia zdjęć z galerii. Mimo niepewnej pogody, widoki były niesamowite. Razem z tymi obrazami, wysyłam w Twoją stronę odrobinę lata. Oglądaj, chłoń, daj znać, które podobało Ci się najbardziej!

     

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile “wolności”.

    NALEŻY PAMIĘTAĆ, ŻE ZGODNIE Z POLSKIM PRAWEM, PIES W PARKACH NARODOWYCH I LASACH NIE POWINIEN BYĆ PUSZCZANY LUZEM.

    Do zobaczenia za parę dni, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila

  • Nie samą Sową człowiek żyje

    Nie samą Sową człowiek żyje

    Ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej, no bo wiadomo, Wielka Sowa, Muchołapka, sporo tras spacerowych, kilka schronisk do wyboru, no i przyjemna odległość od Wrocławia. Okazało się, że okolica Gór Sowich ma do zaoferowania o wiele więcej niż wieża na szczycie i kompleksy Riese, i ostatecznie nasz weekend wyglądał zupełnie inaczej niż go sobie wyobrażałam.

    pogoda zapowiadała się znakomicie

    Klasyczny początek, czyli spacer na Wielką Sowę

    Zarezerwowałam nocleg w schronisku Zygmuntówka, w Sowie nocowałam już kiedyś, chciałam więc spróbować czegoś nowego. Schronisko Orzeł nie odbierało ode mnie telefonów, więc dalej pozostaje dla mnie terytorium nieznanym, i zachętą do dalszego eksplorowania okolic. Zygmuntówka jest położona przepięknie, aczkolwiek nie znajduje się na trasie spaceru jaki wykonałyśmy. Nic to, zejście do schroniska jest dobrze oznakowane, wiedzie przez drogę w lesie, a sam budynek ma jeden z bardziej magicznych widoków, jakie jesteśmy w stanie znaleźć w tak bliskiej okolicy Wrocławia. Jedyne, co można by było polepszyć to oferta posiłków i ich ceny, niby można się najeść, ale brakuje mi tu czegoś regionalnego, czegoś, po co warto nadłożyć drogi.

    Dzień rozpoczęłyśmy od ambitnego wspinu na Wielką Sowę. Nasz szlak wiódł przez las, więc widoki jak z pocztówek były tylko na samym początku drogi, potem podziwiałyśmy drzewostan. Wielka Sowa to nie jest wymagająca góra, pewnie dlatego tak dużo na szczycie rodzin z dziećmi i wycieczek młodzieżowych. Jest to również góra lubiana przez rowerzystów, którzy wjeżdżają i zjeżdżają z niej o każdej porze roku.

    takie widoki poczas spaceru

    Na samym szczycie klimat jest piknikowy. Kilka wytyczonych miejsc na ognisko, do tego zadaszonych, teren ogrodzony płotkiem. W centrum placu stoi wyrzeźbiona w drewnie sowa, a nad wszytkim góruje wieża. (Ja jak bym chciała, żeby taka wieża ostała się też na Śnieżniku…).

    Wieża spełnia dwie funkcje: po pierwsze to kiosk, gdzie można nabyć piwo, lody, pocztówki i przybić pieczęć wędrowca. Druga, to punkt widokowy. Moim zdaniem warto zapłacić te kilka złotych, żeby wdrapać się na szczyt (niezmiennie wietrzny) i popodziwiać panoramę pobliskich gór. Zwłaszcza Góry Kaczawskie robią wrażenie, bo z wysokości rzeczywiście przypominają o swojej wulkanicznej przeszłości.

    klatka schodowa na sam szczyt wulkaniczne krajobrazy pod chmurami ścieżka prowadząca na szczyt

    Zejście z Wielkiej Sowy jest jeszcze łatwiejsze niż wejście na nią. Po drodze mijamy schronisko Sowa, gdzie kusi nas potykacz z informacją o czeskim piwie i knedlach. Mijamy Sowę i idziemy dalej, do Zygmuntówki. Jak się potem okazało, reklama wywarła na nas takie wrażenie, że po zameldowaniu się w Zygmuntówce wracamy na knedle i czeskie piwo. Między Sową a Zygmuntówką trochę siąpi deszcz, za to spacer umilają nam widoki Ślęży. Jest tam też mała platforma widokowa z której możemy podziwiać panoramę Pieszyc. Całkiem nieźle obcierają nas już buty, (ja testuję po raz pierwszy treki od AKU – pewnie podzielę się niedługo wrażeniami) więc po powrocie bierzemy prysznic i od razu idziemy spać.

     

    Wycieczkowe anomalie

    Następnego dnia pogoda nie wygląda zachęcająco, więc odpuszczamy sobie górskie klimaty, i robimy rekonesans okolicy. Pierwsze co odwiedzamy, to Walim. I to nie sztolnie, a znajdujący się niedaleko na drodze punkt zaburzenia grawitacyjnego. Początkowo nie jesteśmy pewne, czy coś te go będzie, próbujemy w kilku miejscach i nic. Ostatecznie cieszymy się jak dzieci, kiedy ni z tego ni z owego butelka wody zaczyna toczyć się pod górę.

    Jussi nie była przejęta tym wydarzeniem, dlatego po kilku udanych próbach, pełne energii ruszamy zwiedzać zamek Grodno. Na zdjęciach w galerii Google zamek wygląda pięknie i majestatycznie, a z dołu wcale go nie widać. Chwilę krążymy po Zagórzu Śląskim, bo GPS zupełnie nie wie jak nas tam poprowadzić. Dzięki temu wchodzimy na most linowy – zupełnym przypadkiem – i podziwiamy Jezioro Lubachowskie.

    Okazuje się, że zamek czeka na nas niemal za rogiem, trzeba tylko wspiąć się trochę na górę Chojna i już, już jesteśmy.

    niby pod górkę, a z górki

    Jussi i most zwodzony na jeziorze Lubachowskim

     Kamila i Sekretna Komnata

    Niestety, do zamku nie można wchodzić z psem, dzielimy się więc na dwie tury, ja idę pierwsza, a Jussi grzecznie czeka z G na mój powrót. Potem ja opiekuję się psem, a G zwiedza zamek. Bilet kosztuje 15 złotych (można płacić kartą!), w cenie jest tez przewodnik, ale ponieważ zwiedzanie z przewodnikiem zaczyna się o pełnych godzinach nie korzystamy z tego udogodnienia. W cenie możemy wejść na wieżę, zwiedzić salę tortur, zobaczyć piwnicę ze szkieletem Kasztelanki Małgorzaty i sale książęce. Zdecydowanie polecam skorzystanie z oprowadzania, bo zamek Grodno to miejsce wielu ciekawych legend i historii.

    Ja miałam to szczęście że w sali komnat zauważyłam uchylone drzwi. Myśląc, że to druga sala weszłam do środka i zastałam prywatne zwiedzanie dwóch osób. Pan przewodnik pozwolił mi jednak zajrzeć do środka i w ten sposób udało mi się zobaczyć kryptę grobową ostatnich właścicieli Zamku Grodno – rodziny von Zedlitz.

    Z wieży widokowej, dzięki malowniczemu położeniu zamku, możemy podziwiać jezioro Lubachowskie i okoliczne góry.

    Zamek Grono jest ładnie odrestaurowany jezioro Lubachowskie, i most wiszący takie widoki nie są dostępne dla wszystkich zwiedzających

     Moja mała Skandynawia

    Kolejną niespodzianką okazało się miejsce w którym zjadłyśmy obiad. Jadąc w kierunku zapory wodnej na Bystrzycy nasz wzrok przyciągnął niebieski budyneczek, wyglądający niby ze skandynawskich obrazków. Dookoła pełno samochodów, a na drzwiach wejściowych kartka, że restauracja Fregata przyjmuje gości tylko i wyłącznie po uprzedniej rezerwacji. No, ale skoro do tajemnej komnaty na zamku udało mi się wejść, to czy taka restauracja powinna być jakąkolwiek trudnością? Bardzo miłe panie za barem potwierdziły ze owszem, mają wolny stolik a pies jest równie mile widziany jak i my, zatem nie było juz odwrotu. Pstrąg, lemoniada, a w wypadku pasażerki nawet lampka porto to było idealne zwieńczenie weekendu. Przy tym wszystkim nie dość, że sam hotel jest przeuroczy, to jeszcze ten widok na zaporę… tak trzeba żyć! (aha, i pojadę tam zimą, bo musi być nieziemsko w śniegu).

    Ostatnim punktem naszej wycieczki była zapora na Bystrzycy właśnie, tworząca jezioro Lubachowskie. Dla mnie to miejsce ma coś z klimatu norweskich fiordów. Kamienna konstrukcja została wybudowana w latach 1914-1917, a dzięki niej jezioro może pomieścić nawet 8 milionów litrów wody (!). Jest przy tym tak malownicza, że nie będę się już rozpisywać, a zamiast tego uraczę cię zdjęciami tutaj i w następnym poście z galerią.

    widok na zaporę, znad talerza wspaniała restauracja i hotel Fregata widok na hotel z zapory Zapora na Bystrzycy, majstersztyk! Pływać nie można, to co my tu robimy?

    Tak, ten weekend zdecydowanie nie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażałam, ale szczerze mówiąc, widokami przerósł moje najwyższe oczekiwania. Myślę, że tą ucztę dla oka widać również na zdjęciach, tutaj i w galerii, która na blogu już za chwilę. Wiem, że zdjęcia są jeszcze ze słonecznego sierpnia, a za oknem szaleje już jesień, ale wyobraź sobie jak pięknie musi wyglądać to teraz, żółcie i czerwienie za delikatną mgłą… to co, widzimy się w weekend na zaporze?

     

     

    ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Czasami nie ma czasu, albo chęci, na weekendowy wypad. Na szczęście mieszkanie w stolicy Dolnego Śląska daje mi i Jussi sporo możliwości mniejszego podróżowania. Dzisiaj opowiem Ci o jednodniowej wycieczce z psem poza miasto, po Wzgórzach Niemczańsko-Strzelińskich, jaką zrobiłyśmy w pewną pochmurną, czerwcową sobotę.

    Plan był prosty – wsiadamy w pociąg w sobotę rano, dojeżdżamy do stacji w Henrykowie i wędrujemy pieszo do stacji w Białym Kościele, podziwiając po drodze widoki i ciesząc się świeżym powietrzem i przyrodą.

    Przy okazji chciałam przetestować instagramową funkcję opowiadania historii, więc poniżej znajdziesz również zdjęcia, z jakich przez cały dzień tworzyłam historię.

    Nie chcem, ale muszem (bo pies patrzy)

    Wiesz co działa motywująco? Kiedy budzisz się rano i widzisz, że za oknem chmury a pogoda w telefonie sprzedaje Ci informację, że maksymalna temperatura dzisiaj to 15 stopni. A do tego mżawka. No ale przecież obiecałam piesełowi, a ona stoi przy łóżku i straszy tymi oczami i tą radosną paszczą, więc zabieram się za robienie śniadania, pakowanie plecaka. Potem bieg na tramwaj.

    W plecaku miałam niewiele: aparat fotograficzny (w którym karta z jakiegoś powodu przestała działać, więc pełnił tylko wdzięczną funkcję ciężaru). Polar z Lidla, który miał mnie chociaż trochę ochronić przed deszczem (ciągle nie miałam jeszcze porządnej kurtki przeciwdeszczowej), psie ciastka, dwie kanapki zrobione dzień wcześniej (brawo ja!), coś słodkiego, wodę, i, oczywiście, mapę.

     

    Punkt drugi – dojazd

    W tramwajach pies musi mieć na sobie kaganiec. We Wrocławiu, pies musi mieć nawet bilet (ulgowy podobno). Jussi, kiedy zmuszona jest nosić na pysku zło, wchodzi grzecznie do tramwaju, po czym kładzie się na środku wagonu tak, że nie sposób jej przesunąć, i patrzy na mnie z wyrzutem przez całą drogę. Na szczęście o 8 rano w sobotę prawie nikt nie podróżuje komunikacją miejską więc można spokojnie blokować przejście.

    Pod PKP kolejka do biletomatów jest mała, więc kupujemy bilet dla mnie (11,7 zł), dla psa (4,5 zł) i lecimy na peron.

    W pociągu Jussi grzecznie leży, jest tylko odrobinę zaniepokojona. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że aparat nie działa, ale cieszę się, bo znalazłam powerbanka w bocznej kieszeni plecaka – można robić zdjęcia, jesteśmy uratowane!

    Na co mi to było?

    W Henrykowie wysiadamy na dworcu PKP, który jest nieco oddalony od centrum miejscowości. Ponieważ przed nami prawie pięć godzin marszu, darujemy sobie zaglądanie do parku w Henrykowie i zostawiamy tą atrakcję na czas, kiedy będziemy tędy przejeżdżać autem, bo podobno warto.

    Kierujemy się zatem niebieskim szlakiem w stronę Raczyc i dalej na Witostowice.

    Po drodze podziwiamy panoramę dolnośląskich miasteczek, która ma w sobie coś magicznego – wieże kościołów i pofalowany teren. Chciałabym tutaj zauważyć, że gmina strzelin wspaniale zadbała o oznaczenia szlaków. Tablica z siatką szlaków jak i informacja z czasem dojścia wisiały w każdym punkcie orientacyjnym, co bardzo ułatwiało rozeznanie się w terenie.

    W Witostowicach na przystanku autobusowym z jakiegoś powodu znajduje się popiersie dalmatyńczyka. A, no i jest tam dziewiętnastowieczny zamek na wodzie, który, jak się okazuje, możecie mieć na własność.

     

     

    Po krótkiej sesji zdjęciowej wśród maków i innych polnych kwiatów, wchodzimy do lasu. Słychać tam piły spalinowe towarzyszące wycince drzew, więc trzymamy się z Jussi szlaku. Zaraz po wejściu do lasu, mijamy zabytkową kapliczkę, która jest otwarta, więc można zajrzeć do środka, albo schronić się przed deszczem.

    Drwa rąbią, aż wióry lecą w tym lesie. Jussi lubi sobie poskakać po pniach ułożonych przy leśnej drodze. Ja nie lubię patrzeć na butelki po oleju porozrzucane na ścieżce. Swoją drogą, ptaki robią niezłą konkurencję drwalom. Czasami w lesie jest głośniej niż w centrum Wrocławia.

    Gdzie te piękne widoki, panie Google?

    Mijamy kolejną kapliczkę i docieramy do Nowolesia. W miasteczku trwa odpust (chyba), więc przemykamy ukradkiem między zmierzającymi na mszę i bierzemy azymut na Nowoleską Kopę. Na samej górze ja próbuję zrobić jakieś ładne zdjęcie (ale jest mokro, pochmurno i ciągle mży) a Jussi zajada się trawą. Próbuję też wrzucić coś na insta, ale nie ma tu zasięgu.

    Schodząc z Nowoleskiej Kopy gubimy się tylko jakieś trzy razy, ale za to w drodze na skrzyżowanie nad wąwozem Pogródki mamy czas zjeść obiad. Las tutaj jest ciut mniej gęsty ale równie głośny jak poprzednik. Robi się też zimno, a po drodze dwa razy przeskakujemy przez rzeczkę. Tutaj jest trochę problem z oznakowaniem (albo z moją spostrzegawczością), więc trzeba być uważnym.

    Po chwili znajdujemy sielankowe miejsce, z hamakiem nad brzegiem rzeczki, lampionami, i gospodarstwem, które wygląda jak marzenie pod tytułem “rzucam pracę w korpo i jadę paść owce”. Niestety było mi zbyt zimno, żeby pochillować w hamaku, czego strasznie żałuję, bo gospodarstwo wydawało się puste. W cieplejsze dni byłoby to idealne miejsce na poobiednią drzemkę.

    Jeszcze trochę drogi przez las, następnie mijamy kopalnię granitu, która mi kojarzy się w tym momencie tylko z ogromnymi kałużami i przeprawą przez jeżyny. Moje stare Rebooki są już tak mokre (pro-tip: nie bierz dziurawych butów do biegania na spacer przez lasy i mokre trawy), że w butach mi chlupocze. Kolejny raz wchodzimy do lasu, omijamy duży zbiornik wodny (staw? jeziorko? kałuża?) i nie gubimy się tylko dlatego, że drzewa, na których było oznakowanie szlaków, nie zostały jeszcze sprzątnięte ze szlaku po wycince.

    Ostatnie wyjście z lasu

    Jussi udaje się znaleźć staw rybacki, w którym decyduje się popływać (na szczęście nikt akurat nie wędkował, więc nasz wybryk pozostał niezauważony). Obchodzimy jeszcze jezioro w Gębczycach, które niechybnie odwiedzimy jak już będzie trochę cieplej bo wygląda na czyste i jest całkiem duże.

    Za gębczycami wita nas Biały Kościół, ale uwaga! Stacja PKP jest położona kawałek drogi od miejscowości, a po ponad 16 kilometrach spaceru, wydaje się to być droga niemożliwa do pokonania. W związku z tym ucieka nam pociąg i czekamy jeszcze prawie godzinę na następny.

    Na stacji PKP we Wro już klasyka: kawa w Starbucksie i tramwaj do domu. Jesteśmy na miejscu około siedemnastej.

    Masz też tak, że czasami bardzo ci się nie chce, sobota rano, pogoda nie taka jak powinna być, nie masz odpowiedniego sprzętu, rzeczy się psują albo gubią, ale mimo to zmuszasz się, by działać? I chociaż nie masz potem idealnych wspomnień, no bo przecież mokra i zmarznięta i trochę głodna i z odciskami, to jesteś z siebie niesamowicie dumna, że nie dałaś lenistwu za wygraną?

  • Góry stołowe – jak zorganizować wyprawę

    Góry stołowe – jak zorganizować wyprawę

    Cześć, dzisiaj znajdziesz tu wszystkie informacje potrzebne do samodzielnego zorganizowania weekendowej wyprawy w Góry Stołowe. Jeśli o czymś zapomniałam, koniecznie daj mi znać w komentarzach. Jednocześnie pamiętaj proszę, że bazuję na własnych doświadczeniach, ceny są orientacyjne, a trasy można układać wedle własnych upodobań.

    Jak mogę dotrzeć w Góry Stołowe?

    Nie będę kłamać, najłatwiej jest podróżować samochodem. Jeśli jednak nie masz takiej możliwości, poniżej znajdziesz informacje, jak zorganizować dojazd w inny sposób:

    • Z centrum Wrocławia do Pasterki jest dokładnie 138 kilometrów, to około 2 godziny jazdy samochodem. Tutaj możesz sprawdzić trasę.
    • Pociągiem można dojechać połączeniem do Ścinawki Średniej, z jedną przesiadką w Wałbrzychu. Czas: 2h 40 minut. Koszt: około 30 zł. Ze Ścinawki do Szczelińca i do Pasterki można dojść pieszo w cztery i pół godziny.
    • Autobusem: z wrocławskiego PKSu jedzie autobus do Karłowa, droga trwa ponad 3h, a jedna przesiadka jest w Kłodzku. Niestety nie wiem ile może kosztować bilet.

    Ile to może kosztować?

    Całość weekendowego wypadu wyniosła mnie w sumie 207,5 zł. Jak widać poniżej, nie oszczędzałam przesadnie, nie odmawiałam sobie też małych przyjemności. Jedyne czego nie liczę, to karma i przysmaki dla psa, bo wykorzystałaby je i tak, nawet gdybyśmy ten weekend spędziły w domu.

    Paliwo: około 60 zł
    Prowiant: około 20 zł (klasyk: kabanosy, owsianka instant, gorący kubek, woda, czekolada)
    Jedzenie na miejscu (tym razem poszalałam):
    pierogniew – 8,50 zł
    dwa piwa – 16 zł
    smazony syr – 99 KC
    kofola – 4 zł
    jajecznica na śniadanie – chyba 8 zł
    chleb ze smalcem – 5 zł

    kawa na śniadanie – 6 zł
    kawa w Radkowie – 6 zł
    piwo na Szczelińcu – 12 zł
    lody gałkowe na Szczelińcu – 4 zł
    Atrakcje:
    Skalne Miasto – 7 zł
    Błędne Skały – 7 zł (ja nie kupiłam biletu, ale warto wiedzieć)
    nocleg – 35 zł (pies za darmo)

     

    Jak dokładnie wyglądała moja wycieczka?

     

    Trasa dzień Pierwszy

    Przejście z Pasterki do Przełęczy pod Szczelińcem Wielkim –  1h 20 minut

    Wycieczka przez Skalne Miasto zabrała nam ponad 2h 30 minut

    Przejście przez Karłów i zwiedzenie Fortu Karola – ponad godzinę

    Powrót z Fortu Karola do Pasterki – 1h 30 minut

     

    Trasa dzień drugi

    Droga z Pasterki do Ostrej Góry – 50 minut

    Przejście przez Ostrą Górę i droga na Błędne Skały  – 1h 20 minut

    Spacer do Machovskiej Lhoty  – 1h 20 minut

    Zwiedzanie Machova i przerwa na obiad –  2h 40 minut

    Powrót do Pasterki – około godzinę

     

    Jak widzisz, nie jesteśmy mistrzyniami prędkości, jestem przekonana że spacer z małym dzieckiem zająłby podobną ilość czasu. Jeśli masz jeszcze jakieś pytania organizacyjne, daj znać w komentarzach, chętnie pomogę!

  • Góry Stołowe – najbardziej hipsterskie góry w Polsce

    Góry Stołowe – najbardziej hipsterskie góry w Polsce

    Szczeliniec jest jednym z dwóch schronisk w Polsce, do którego nie dojedziesz samochodem. Towary do schroniska transportowane są specjalną windą towarową. Mimo to, możesz tam napić się Wrocławskiego, kraftowego piwa. Takie właśnie są Góry Stołowe: trzeba na nie zapracować, ale kiedy już się tam znajdziesz, czujesz się jak w domu.

    Radków, czyli od teraz płatność tylko gotówką

    Naszym pierwszym przystankiem był Radków, położony około 120 km od centrum Wrocławia, czyli jakieś dwie godziny jazdy samochodem. Miasteczko jest malutkie, ma uroczy rynek. W rynku jest bankomat. To ważne, bo w Górach Stołowych płacić można tylko gotówką. Z Radkowa zapamiętałam tyle, że było gorąco, więc spacer wokół renesansowego ratusza był bardzo krótki.

    Do Schroniska Pasterka można dojechać autem bez większych problemów. Część drogi wiedzie przez poetycko nazwaną Drogę Stu Zakrętów. Jest to trasa wiodąca od Radkowa przez Karłów po Kudowę, której różnica wysokości między najniższym i najwyższym punktem wynosi ponad 400 metrów przy długości 23 kilometrów. To dużo, zwłaszcza jeśli jedzie się ponad dwudziestoletnim autem. Droga wiedzie przez las, więc o pięknych widokach nie może być mowy, za to emocje zapewniają wielkie głazy, które raz na jakiś czas wyrastają na zakrętach.

    Góry Stołowe – niby góry, a płasko

    18 kilometrów, trochę ponad pół godziny i ze dwa zawały serca później, jesteśmy już w Pasterce. Schronisko należy do PTTK, a jest prowadzone przez grupę młodych osób, które dużo pracy włożyły w to, aby podróżnik mógł czuć się tutaj jak u siebie. Pokoje są wyremontowane i czyste, łóżka i szafki na rzeczy – nowe. Psiaki nocują za darmo. Najlepsze jest jednak to, co poza Pasterką, no bo czy jest coś lepszego niż jedzenie pierogniewa i picie piwa z widokiem na Szczeliniec takim, jak ten?

    zastrzegam, że balona może nie być podczas waszego pobytu

    Jedną z fajniejszych rzeczy tutaj jest to, że niby góry, a płasko. Spacerowałyśmy więc albo po bajecznie zielonych łąkach na których różnice wysokości były niewielkie, albo wspinałyśmy się po wielkich kamieniach, które razem tworzyły strome wejścia. Aby dojść na Szczeliniec wybrałam szlak żółty, krótki ale zupełnie dziki, nie ma tam schodów, barierek czy poręczy. Za to na wejściu zachęca nas do powrotu Pasterkrowa, dobrze, że nie wspomnieli o tym, że mają burgery w menu, bo kto wie czy bym nie zawróciła.

    W deszczowy dzień pewnie przeklinałabym to wspinanie się po skałach, ale że pogoda była piękna byłam zachwycona. Jussi skakała po kamieniach jak kozica, ale mniejszy pies pewnie potrzebowałby pomocy z wejściem na niektóre z nich. Sama droga nie powinna zająć więcej niż godzinę, no chyba, że tak jak ja, każecie psu pozować na co drugim kamieniu i co dwa metry oglądacie się za siebie żeby podziwiać widoki. Na sam szczyt dochodzimy już schodami, które łączą schronisko z parkingiem położonym niżej.

    Szczeliniec… lody, gofry i piwo z Browaru Stumostów. A, no i widoki.

    Panorama na Sudety jest nieziemska, nie trzeba nawet wchodzić na platformę widokową, bo ze stolików na zewnątrz schroniska już i tak można się nieźle napatrzeć. Po małej przerwie ruszamy ścieżką turystyczną Parku Narodowego Gór Stołowych „Skalne Miasto”. Panie z kasy częstują Jussi jabłkami, a ja dopytuję się, czy nie ma tam jakiś drabiniastych podejść. Nie ma. Wchodzimy.

    Małpy, konie i wielbłądy

    Drabiniastych podejść nie ma, ale jest kilka platform widokowych do których prowadzą metalowe schody ze stopniami z kratki. W upale mogą być gorące, więc uwaga na psie łapki. Pierwszymi atrakcjami są formacje skalne przypominające małpoluda i wielbłąda, ale prawdziwa zabawa zaczyna się kilka metrów dalej. Chodzi o zejście do przesmyku pomiędzy skałami, gdzie ciągle leży śnieg, a schody są wilgotne i wytarte tysiącami stóp, z przyczepionym na smyczy do ciała labradorem, który ze schodów nie schodzi, a zbiega. Podobno na dole było zimno, mi tam było gorąco. Aha, jeśli wasz pies nie umie grzecznie schodzić po schodach, zastanówcie się, czy zależy wam na tej atrakcji. Jussi na szczęście reaguje na komendę stop, więc bardzo powoli, ale z sukcesem udało nam się przejść całość bez ani jednego upadku.

    Potem jest tylko lepiej, po drugiej stronie Szczelińca znajdują się dwa tarasy widokowe. Przepiękne widoki, i radość z przeżycia, czy trzeba czegoś więcej?

    Co tu robią dinozaury?

    Ze „Skalnego Miasta” kamienne schody i kładki w lesie prowadzą nas do Karłowa. Jednak pierwsze co widzimy po zejściu to… szyje dinozaurów. Okazuje się bowiem, że tuż pod wejściem na Szczeliniec zainstalował się Park Dinozaurów. Przez chwilę kusiło mnie, żeby zapoznać Jussi z tymi prehistorycznymi, majestatycznymi stworzeniami, ale chęć na kromkę chleba ze smalcem wzięła górę.

    Stolica górskich przewodników

    Karłów to malutka wioseczka, w której znajduje się ogrom pensjonatów i alejka z badziewiem rodem z Zakopanego. My zaś wzięłyśmy na cel fort Karola, oddalony od Karłowa o jakieś 20 minut spacerem. Zupełnie nie rozumiem dlaczego nikogo tam nie było, bo widok na Szczeliniec jest tam absolutnie genialny. Mam wrażenie, że miejscowi lubią się tam wdrapać i zrelaksować w tych pięknych okolicznościach przyrody.

    Sam Fort był częścią twierdz broniących drogi do Radkowa. Za zasługi przy budowie, sołtys Karłowa, Franz Pabel, został pierwszym w historii mianowanym przewodnikiem górskim, z prawem pobierania opłat.

    Szlak z Karłowa do Pasterki to droga przez łąki, rodem z tapety Windowsa XP. Spacer trwa niecałą godzinę ale trzeba uważać na oznaczenia, bo można się zgubić wśród tych zielonych łąk.

    Pierwszy dzień zakończyłyśmy powrotem do Pasterki, zjedzeniem pierogniewa (taki pieróg z nadzieniem, tylko ogromny) i podziwianiem Szczelińca.

    Błądzenie po Błędnych Skałach

    Następnego dnia wyruszyłyśmy na Błędne Skały. Trasa została obrana w taki sposób, żeby nie idąc dwa razy tym samym szlakiem, wrócić do Pasterki, gdzie czekało na nas auto. Zaczęłyśmy więc od szlaku zielonego, którego większość jest przyjemnie zacieniona drzewami, spacer trwa około 80 minut, a wyzwaniem może być tylko jeden fragment trasy, który prowadzi zboczem z wystawą południową, na którym nie ma zbyt wielu drzew i idzie się w słońcu.

    Wcześniej jednak mija się miejsce, w którym kiedyś była osada Ostra Góra. Z samej miejscowości ostało się tylko kilka chałup (teraz wojskowy ośrodek szkoleniowy) i dzwonnica alarmowa, a nowością jest tutaj pomnik (chyba) papieża.

    Podczas podejścia po nasłonecznionej stronie góry, robiłyśmy kilka przystanków, żeby Jussi mogła napić się wody i odpocząć w cieniu wielkich kamieni. Te kamienie, to jest zresztą wspaniała sprawa, ponieważ klimat pod nimi jest przyjemnie chłodny i a powietrze wilgotne, nawet w upalne popołudnie.

    Błędne Skały były pełne turystów. Po krótkim namyśle postanowiłam nie wchodzić na teren ścieżki turystycznej, sama w tym tłumie nie miałabym jak popodziwiać widoków, a co dopiero z labradorem na smyczy. Postanowiłam za to przejść na czeską stronę i odwiedzić położony nieopodal Machov z nadzieją na to, że w jakiejś tamtejszym hostincu przyjmą polską kartę lub gotówkę.

    Czeskie przygody Jussi

    Nie pomyliłam się, a do tego Jussi mogła pobiegać luzem, bo ludzi na tej ścieżce było jak na lekarstwo, a i Czesi mają przyjaźniejsze nastawienie do psiaków. Do tego szlak wiedzie obok skałek, które zdają się być gratką dla wspinaczy.

    Machovska Lhota to urocza wioseczka. Z żółtej trasy, mijając pasące się stado owiec, zeszliśmy prosto nad hostiniec u Lidmanu. Sam spacer po Machovie to nie był najlepszy pomysł w niedzielne popołudnie, ponieważ nic, ale to nic się tam nie dzieje. Źródłem życia i rozrywki jest zatem pobyt w karczmie, gdzie można zjeść smażony syr (oczywiście), napić się piwa lub Kofoli, i zapłacić zarówno czeskimi koronami jak i polskimi złotówkami (przelicznik korzystny).

    Niespodzianka czekała nas po oddaleniu się w stronę Pasterki niebieskim szlakiem. Wyobraź sobie, że pod laskiem w górze miejscowości ktoś postawił ławeczkę, na której można sobie usiąść i podziwiać taki oto widok:

    Sama droga do Pasterki wiedzie przez szczyt góry, co może nie jest najlepszym pomysłem po zjedzeniu czeskiego obiadu i opiciem się półlitrowym napojem gazowanym, ale jak to mówią, mądry Polak po szkodzie.

    Potem już tylko lasy, łąki, znajoma ścieżka z Windowsa XP i auto. Do następnego!

    Jeśli podczas swoich podróży lubisz zachwycać się przyrodą ale nie chcesz uciekać zbyt daleko od znanych Ci z miejskiej dżungli atrakcji takich jak piwo z małych browarów czy młoda ekipa prowadząca fajny lokal, to Góry Stołowe są dla Ciebie!

  • Śnieżnik – płaska góra we mgle

    Śnieżnik – płaska góra we mgle

    Śnieżnik to taka trochę śmieszna, płaska góra. Przy pierwszym wejściu na szczyt zobaczyłyśmy głównie mgłę. Taki też był mój poziom wiedzy o tym szczycie – mglisty. Niby świtało mi coś w głowie, że korona gór polskich, że dział wodny, że Jaskinia Nietoperek, no i, oczywiście, że czeska granica, ale to by było na tyle.

    Podejścia pod górę miałyśmy dwa, jedno w połowie maja, startując z Kamienicy i drugie tydzień poźniej, z Międzygórza. Całe szczęście, że za pierwszym razem zgubiłam trasę, zrobiłam okrążenie (4 godzinne!) i wylądowałam w miejscu startu bo okazało się, że zostawiłam w aucie otwarte okno.

    Międzygórze, malownicza wioska u podnóży gór

    Za drugim razem sprawdziłam zamki i okna przed pozostawieniem auta na parkingu. Tutaj ukłon w stronę Międzygórza, miejsc parkingowych jest naprawdę sporo i w znakomitej większości są darmowe.

    Na starcie minęłyśmy wodospad Wilczki, jest to drugi co do wielkości wodospad w Sudetach. Ja zobaczyłam tylko jego fragment, a Jussi zupełnie nic, bo akurat wtedy szlaki wokoło były remontowane. Przez to dostępny był tylko jeden tylko taras. Sam szum wody jednak zwiastował niezłe widowisko, i na pewno jeszcze się tam wybiorę.

    Samo Międzygórze jest małą, atrakcyjną mieściną, położoną w dolinie u podnóża Śnieżnika. W samej wiosce znajdziemy znaki prowadzące na Śnieżnik, więc tym razem nawet mi nie udało się zgubić.

    Na szczyt wchodziłyśmy niebieską trasą. Jest ona szeroka, niezbyt stroma i prowadzi przez las. Ciężko mi się wypowiadać co do atrakcyjności widoków, bo podróżowałam w mniejszej lub większej mgle, ale sam las bardzo mi się podobał. Plus za wiewiórki skaczące po drzewach.

    willa w Międzygórzu, można tu wynająć pokój

     

    wodospad Wilczki

    Kim była Marianna Orańska?

    Cała trasa jest częścią szlaku Marianny Orańskiej – jednej z bardziej niekonwencjonalnych postaci kobiecych XIX wieku. To właśnie jej zawdzięczamy całą sieć górskich dróg w tym regionie, hutę szkła w Stroniu Śląskim, czy funkcjonujące do dzisiaj kamieniołomy marmuru. Jej osoba jest o tyle ciekawa, że mimo niemal całkowitej wymiany ludności w tym regionie, jej pamięć jest nadal zachowana w nazwach szkół, na tablicach pamiątkowych, czy wizerunku na wodzie mineralnej Długopole Zdrój.

    Podejście pod schronisko dało nam trochę w kość, pogoda była zimna i wilgotna, mgła coraz większa. Wszystko to złożyło się na tłumy w schronisku. Nie było gdzie szpilki wsadzić, nie mówiąc o labradorze. Ponieważ jednak po około 3 godzinach pieszej wędrówki byłam głodna, a i Jussi potrzebny był odpoczynek, zamówiłam smażony ser i piwo. Podczas oczekiwania na posiłek, psem zainteresowali się jacyś chłopcy, a ja o mało nie zepsułam dalszej wędrówki ich rodzicom, kiedy prawie zakrztusiłam się piwem, słuchając jak obiecują „młodzieży” piękne widoki po wejściu na Śnieżnik.

    Kiedy w schronisku zwolniło się trochę miejsca, załatwiłam sprawy związane z noclegiem (łóżko w pokoju 30 osobowym, pies gratis), poszłam za przykładem zdeterminowanych rodziców: Skoro siedmiolatek może to ja nie?! I ruszyłam zdobyć szczyt. Pomimo mgły, wielu ludzi było zdeterminowanych, żeby wejść na samą górę, dzięki czemu byłam pewna że idę ciągle właściwą ścieżką. Śnieżnik powitał nas, jak można się było spodziewać, zimnym wiatrem i gęstą mgłą. Jednak radość z osiągnięcia celu pozostała.

    gdzie jest Wiewiór?

     

    Jussi w rezerwacie przyrody Śnieżnik Kłodzki

     

    widok ze Śnieżnika

    na szczycie widać było chmury

    Ciepła woda i bujna roślinność, czyli życie na szczycie

    Wieczorem w schronisku Jussi korzystała z turystów częstujących ją kabanosami i właścicieli częstujących szynką, a ja zatopiłam się w lekturze. Dodatkowo dowiedziałam się o zjawisku nazwanym inwersja, kiedy to dolina jest spowita mgłą, a szczyty oświetlone słońcem. Będziemy na nią polować tego lata.

    Samo schronisko „Na Śnieżniku” im. Zbigniewa Fastnachta, jest bardzo przyjemne, opiekunowie dbają o to, żeby turystom było przyjemnie. Zarówno tym psim jak i tym ludzkim turystom. Woda była gorąca, pokoje ogrzane, podobno można nawet zamówić sobie saunę. Jedzenie jest dobre i w przyzwoitych cenach. Jedyny minus to brak terminala płatniczego, tak więc trzeba mieć przy sobie gotówkę. Aha, zapomniałabym! Łazienka na parterze ma najpiękniejsze parapety, z piękną roślinnością i wspaniałym widokiem na drogę na szczyt. Moje serce zabiło z zazdrością, widząc tak zadbane okazy w, wydawałoby się, zwykłej schroniskowej łazience.

    Następnego dnia, po śniadaniu, ruszyłyśmy na szczyt raz jeszcze. Tym razem i wiatr i widoczność były większe. Co jakiś czas zza chmur wyłaniały się nam poszczególne szczyty Sudetów, ale wiatr tak szybko gnał chmury, że nie sposób było nacieszyć się całością. Sam szczyt, jak już wspomniałam jest podejrzanie płaski, a największą atrakcją, poza widokami, są ruiny wieży widokowej, która stała tutaj pomiędzy 1895 a 1973 rokiem, kiedy to, po latach zaniedbania, wysadzono ją w powietrze.

    dżungla w schronisku

    widok na pokój z ogonem

    schronisko "na Śnieżniku" im Zbigniewa Fastnachta

    Dziwne konstrukcje na zboczach

    Do Międzygórza wracałyśmy przez szczyt Małego Śnieżnika. Tutaj miałyśmy zdecydowanie więcej szczęścia jeśli chodzi o widoki, a przez całą trasę nie minęłyśmy nawet jednego człowieka. Z Małego Śnieżnika pięknie widać Czechy, między innymi Ścieżkę w Chmurach położoną w Dolnej Morawie. Jest to wieża o wysokości 55 metrów, położona na zboczy góry Slamnik, na wysokości 1116 m nad poziomem morza. Spacer jest podobno niesamowity. Nie można tam wchodzić ze zwierzakami, ale jeśli podróżujesz z psem, możesz pupila zostawić w specjalnie do tego przystosowanych kojcach (brawo Czesi!).

    Zejście w dół zajęło nam około 4 godzin, z częstymi przerwami na psie kąpiele w strumieniach i pilnowanie trasy z mapą w ręku. Do Międzygórza dotarłyśmy trasą żółtą, wiodącą przez stok narciarski. Po zejściu z Małego Śnieżnika trasa ponownie wiodła przez las, ale zejście nie było zbyt strome, dzięki czemu przyjemnie nam się spacerowało.

    Na koniec, tuż przy wodospadzie Wilczki, pozwoliłam sobie na grillowanego pstrąga z czosnkiem niedźwiedzim, a Jussi dostała miskę wody i smakołyka. Naprawdę przez całą drogę wszyscy byli bardzo przyjaźnie nastawieni do psiaka, dzięki czemu z czystym sercem mogę polecić to miejsce każdemu podróżującemu ze zwierzem.

    Droga powrotna do Wrocławia zajęła nam niecałe dwie godziny jazdy, zahaczyłyśmy jeszcze o ruiny zamku Szczerba w Gniewoszowie. Chociaż teraz zostały tam same ruiny, w czasach świetności musiał być z niego niesamowity widok na Sudety!

    ta dziwna konstrukcja na zboczu to Spacer w Chmurach

    widok z Małego Śnieżnika

    Widok na Sudety

    W okolicy Międzygórza i Śnieżnika jest jeszcze wiele atrakcji, które zamierzam przetestować na własnej skórze. Mam świadomość, że nie wszędzie wejdę z psem. Siłą rzeczy wszelkie kopalnie i jaskinie muszę sobie odpuścić. Postaram się w miarę możliwości informować i o takich miejscach, a kto wie, może niedługo pójdziemy za wzorem Czechów i kojce dla psiaków będą stały przy każdej takiej atrakcji?