Tag: wyposażenie

  • Góry Sowie – galeria zdjęć

    Góry Sowie – galeria zdjęć

    Hej!

    Jeśli spodobała Ci się nasza wyprawa w Góry Sowie, zapraszam cie do obejrzenia zdjęć z galerii. Mimo niepewnej pogody, widoki były niesamowite. Razem z tymi obrazami, wysyłam w Twoją stronę odrobinę lata. Oglądaj, chłoń, daj znać, które podobało Ci się najbardziej!

     

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile “wolności”.

    NALEŻY PAMIĘTAĆ, ŻE ZGODNIE Z POLSKIM PRAWEM, PIES W PARKACH NARODOWYCH I LASACH NIE POWINIEN BYĆ PUSZCZANY LUZEM.

    Do zobaczenia za parę dni, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila

  • Nie samą Sową człowiek żyje

    Nie samą Sową człowiek żyje

    Ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej, no bo wiadomo, Wielka Sowa, Muchołapka, sporo tras spacerowych, kilka schronisk do wyboru, no i przyjemna odległość od Wrocławia. Okazało się, że okolica Gór Sowich ma do zaoferowania o wiele więcej niż wieża na szczycie i kompleksy Riese, i ostatecznie nasz weekend wyglądał zupełnie inaczej niż go sobie wyobrażałam.

    pogoda zapowiadała się znakomicie

    Klasyczny początek, czyli spacer na Wielką Sowę

    Zarezerwowałam nocleg w schronisku Zygmuntówka, w Sowie nocowałam już kiedyś, chciałam więc spróbować czegoś nowego. Schronisko Orzeł nie odbierało ode mnie telefonów, więc dalej pozostaje dla mnie terytorium nieznanym, i zachętą do dalszego eksplorowania okolic. Zygmuntówka jest położona przepięknie, aczkolwiek nie znajduje się na trasie spaceru jaki wykonałyśmy. Nic to, zejście do schroniska jest dobrze oznakowane, wiedzie przez drogę w lesie, a sam budynek ma jeden z bardziej magicznych widoków, jakie jesteśmy w stanie znaleźć w tak bliskiej okolicy Wrocławia. Jedyne, co można by było polepszyć to oferta posiłków i ich ceny, niby można się najeść, ale brakuje mi tu czegoś regionalnego, czegoś, po co warto nadłożyć drogi.

    Dzień rozpoczęłyśmy od ambitnego wspinu na Wielką Sowę. Nasz szlak wiódł przez las, więc widoki jak z pocztówek były tylko na samym początku drogi, potem podziwiałyśmy drzewostan. Wielka Sowa to nie jest wymagająca góra, pewnie dlatego tak dużo na szczycie rodzin z dziećmi i wycieczek młodzieżowych. Jest to również góra lubiana przez rowerzystów, którzy wjeżdżają i zjeżdżają z niej o każdej porze roku.

    takie widoki poczas spaceru

    Na samym szczycie klimat jest piknikowy. Kilka wytyczonych miejsc na ognisko, do tego zadaszonych, teren ogrodzony płotkiem. W centrum placu stoi wyrzeźbiona w drewnie sowa, a nad wszytkim góruje wieża. (Ja jak bym chciała, żeby taka wieża ostała się też na Śnieżniku…).

    Wieża spełnia dwie funkcje: po pierwsze to kiosk, gdzie można nabyć piwo, lody, pocztówki i przybić pieczęć wędrowca. Druga, to punkt widokowy. Moim zdaniem warto zapłacić te kilka złotych, żeby wdrapać się na szczyt (niezmiennie wietrzny) i popodziwiać panoramę pobliskich gór. Zwłaszcza Góry Kaczawskie robią wrażenie, bo z wysokości rzeczywiście przypominają o swojej wulkanicznej przeszłości.

    klatka schodowa na sam szczyt wulkaniczne krajobrazy pod chmurami ścieżka prowadząca na szczyt

    Zejście z Wielkiej Sowy jest jeszcze łatwiejsze niż wejście na nią. Po drodze mijamy schronisko Sowa, gdzie kusi nas potykacz z informacją o czeskim piwie i knedlach. Mijamy Sowę i idziemy dalej, do Zygmuntówki. Jak się potem okazało, reklama wywarła na nas takie wrażenie, że po zameldowaniu się w Zygmuntówce wracamy na knedle i czeskie piwo. Między Sową a Zygmuntówką trochę siąpi deszcz, za to spacer umilają nam widoki Ślęży. Jest tam też mała platforma widokowa z której możemy podziwiać panoramę Pieszyc. Całkiem nieźle obcierają nas już buty, (ja testuję po raz pierwszy treki od AKU – pewnie podzielę się niedługo wrażeniami) więc po powrocie bierzemy prysznic i od razu idziemy spać.

     

    Wycieczkowe anomalie

    Następnego dnia pogoda nie wygląda zachęcająco, więc odpuszczamy sobie górskie klimaty, i robimy rekonesans okolicy. Pierwsze co odwiedzamy, to Walim. I to nie sztolnie, a znajdujący się niedaleko na drodze punkt zaburzenia grawitacyjnego. Początkowo nie jesteśmy pewne, czy coś te go będzie, próbujemy w kilku miejscach i nic. Ostatecznie cieszymy się jak dzieci, kiedy ni z tego ni z owego butelka wody zaczyna toczyć się pod górę.

    Jussi nie była przejęta tym wydarzeniem, dlatego po kilku udanych próbach, pełne energii ruszamy zwiedzać zamek Grodno. Na zdjęciach w galerii Google zamek wygląda pięknie i majestatycznie, a z dołu wcale go nie widać. Chwilę krążymy po Zagórzu Śląskim, bo GPS zupełnie nie wie jak nas tam poprowadzić. Dzięki temu wchodzimy na most linowy – zupełnym przypadkiem – i podziwiamy Jezioro Lubachowskie.

    Okazuje się, że zamek czeka na nas niemal za rogiem, trzeba tylko wspiąć się trochę na górę Chojna i już, już jesteśmy.

    niby pod górkę, a z górki

    Jussi i most zwodzony na jeziorze Lubachowskim

     Kamila i Sekretna Komnata

    Niestety, do zamku nie można wchodzić z psem, dzielimy się więc na dwie tury, ja idę pierwsza, a Jussi grzecznie czeka z G na mój powrót. Potem ja opiekuję się psem, a G zwiedza zamek. Bilet kosztuje 15 złotych (można płacić kartą!), w cenie jest tez przewodnik, ale ponieważ zwiedzanie z przewodnikiem zaczyna się o pełnych godzinach nie korzystamy z tego udogodnienia. W cenie możemy wejść na wieżę, zwiedzić salę tortur, zobaczyć piwnicę ze szkieletem Kasztelanki Małgorzaty i sale książęce. Zdecydowanie polecam skorzystanie z oprowadzania, bo zamek Grodno to miejsce wielu ciekawych legend i historii.

    Ja miałam to szczęście że w sali komnat zauważyłam uchylone drzwi. Myśląc, że to druga sala weszłam do środka i zastałam prywatne zwiedzanie dwóch osób. Pan przewodnik pozwolił mi jednak zajrzeć do środka i w ten sposób udało mi się zobaczyć kryptę grobową ostatnich właścicieli Zamku Grodno – rodziny von Zedlitz.

    Z wieży widokowej, dzięki malowniczemu położeniu zamku, możemy podziwiać jezioro Lubachowskie i okoliczne góry.

    Zamek Grono jest ładnie odrestaurowany jezioro Lubachowskie, i most wiszący takie widoki nie są dostępne dla wszystkich zwiedzających

     Moja mała Skandynawia

    Kolejną niespodzianką okazało się miejsce w którym zjadłyśmy obiad. Jadąc w kierunku zapory wodnej na Bystrzycy nasz wzrok przyciągnął niebieski budyneczek, wyglądający niby ze skandynawskich obrazków. Dookoła pełno samochodów, a na drzwiach wejściowych kartka, że restauracja Fregata przyjmuje gości tylko i wyłącznie po uprzedniej rezerwacji. No, ale skoro do tajemnej komnaty na zamku udało mi się wejść, to czy taka restauracja powinna być jakąkolwiek trudnością? Bardzo miłe panie za barem potwierdziły ze owszem, mają wolny stolik a pies jest równie mile widziany jak i my, zatem nie było juz odwrotu. Pstrąg, lemoniada, a w wypadku pasażerki nawet lampka porto to było idealne zwieńczenie weekendu. Przy tym wszystkim nie dość, że sam hotel jest przeuroczy, to jeszcze ten widok na zaporę… tak trzeba żyć! (aha, i pojadę tam zimą, bo musi być nieziemsko w śniegu).

    Ostatnim punktem naszej wycieczki była zapora na Bystrzycy właśnie, tworząca jezioro Lubachowskie. Dla mnie to miejsce ma coś z klimatu norweskich fiordów. Kamienna konstrukcja została wybudowana w latach 1914-1917, a dzięki niej jezioro może pomieścić nawet 8 milionów litrów wody (!). Jest przy tym tak malownicza, że nie będę się już rozpisywać, a zamiast tego uraczę cię zdjęciami tutaj i w następnym poście z galerią.

    widok na zaporę, znad talerza wspaniała restauracja i hotel Fregata widok na hotel z zapory Zapora na Bystrzycy, majstersztyk! Pływać nie można, to co my tu robimy?

    Tak, ten weekend zdecydowanie nie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażałam, ale szczerze mówiąc, widokami przerósł moje najwyższe oczekiwania. Myślę, że tą ucztę dla oka widać również na zdjęciach, tutaj i w galerii, która na blogu już za chwilę. Wiem, że zdjęcia są jeszcze ze słonecznego sierpnia, a za oknem szaleje już jesień, ale wyobraź sobie jak pięknie musi wyglądać to teraz, żółcie i czerwienie za delikatną mgłą… to co, widzimy się w weekend na zaporze?

     

     

    ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Dziewczyno, weź psa na kajak!

    Dziewczyno, weź psa na kajak!

    Jussi lubi pływać. Lubi pływać na tyle, że jesienią i wczesną wiosną raczej nie chodzimy nad Odrę. Latem zresztą też coraz rzadziej spacerujemy nad Odrą, bo przeraża mnie śmietnik panujący na brzegach rzeki. Oczywiście, nauczyłam Jussi tego, że nie zawsze może wejść do wody, co nie znaczy, że ona przestaje próbować. Woda jest dla niej jak kryptonit.

    Pomysł z kajakiem chodził mi po głowie od jakiegoś czasu, ale bałam się, że to trzydziestokilowe bydlęcie utopi nas obie. W końcu, przy okazji wizyty w Lublinie, odważyłam się. Ekipę miałyśmy doprawdy zacną. Ja i trzyletni labrador. Kumpela i trzylatek który swoją energia mógłby zasilać elektrownie. Obie zdeterminowane, obie przerażone. Obie uszłyśmy z życiem, nikt się nie wykąpał w Bystrzycy.

    A teraz do rzeczy, jak popływać z psem w kajaku tak, aby (względnie) suchą stopą wyjść na brzeg? Odpowiedź poniżej:

    Kajak z psem - to prostsze niż się wydaje

    Dobra organizacja to podstawa

    Na początek, dobrze wybierz trasę. Nasza była nie za długa, około dwie godziny, 8 kilometrów, druga połowa prowadziła przez zalew Zemborzycki. Większa część trasy prowadziła przez las, więc pies jechał w cieniu. Podczas spływu tylko jeden fragment był trudniejszy, kiedy trzeba było przeprawić się przez drzewo leżące w poprzek rzeki. Na szczęście pan z innego kajaku pomógł nam w tej przeprawie.

    Po drugie, jeśli twój pies lubi pływać bardziej, niż słuchać się ciebie, weź większy kajak. Jedynka będzie ok, jeśli chcesz pływać z Yorkiem czy czymś do 10 kg, ale jeśli twój pies to połowa twojej wagi, nie rumakuj. Większy kajak jest stabilniejszy, więc jeśli bestia zdecyduje się jednak popływać, to wciągnięcie jej z powrotem będzie łatwiejsze w kajaku, który może solidnie przechylić się na bok, i nie nabrać za dużo wody.

    Przy czym ja wiem, że one są cięższe, i że będziesz potrzebować więcej siły. Uwierz mi na słowo, lepiej zmęczyć się w ten sposób, niż próbując samej wdrapać się do kajaka na środku jeziora.

    Trzecia zasada: wypływaj zwierza przed wejściem do kajaka. Nie gwarantuję ci, że to wystarczy, żeby powstrzymać go przed ponowną kąpielą, ale może trochę odwlec ten moment.

    był nawet czas na drzemkę

    Kajak z psem i komarami

    Aha, mokry, pachnący rzeką/lasem/bobkami/trawą pies przyciąga komary. Komary i końskie muchy. Jeśli masz wujka wędkarza zapytaj go skąd bierze repelenty (wędkarze znają się na rzeczy), albo poproś, żeby kopsnął ci odrobinę. Przyda się! Jeśli znasz się na naprawdę dobrych repelentach, daj mi znać w komentarzach, bo mój się właśnie skończył 😉

    Jussi, mimo dużego kajaka całą drogę siedziała mi pomiędzy nogami. Nie było to ani najwygodniejsze (mokra sierść WSZĘDZIE!) ani najbardziej wyważone rozwiązanie (labrador siedzi na jednym półdupku zawsze, i przechyla się na jedną stronę. Jeśli w rzece są prądy i znosi twój kajak na jedną stronę, uwierz mi, twój pies będzie o tym wiedział i chętnie dołoży ci balastu tak, że na koniec spływu jeden bicek będzie dwa razy większy niż drugi.) Aha, Jussi siedząc naprawdę blisko, stanowiła podpórkę dla wiosła. Ciężko powiedzieć czy to było dobre rozwiązanie czy wręcz przeciwnie.

    Generalnie, taki sposób pływania ma same minusy poza jednym. Kiedy czułam, że woda przyciąga ją nieco mocniej niż zazwyczaj, ściskałam jej tułów nogami tak, że nie mogła się wysmyknąć. Wydaje mi się, że tylko dzięki temu skończyłyśmy tylko z czterema kąpielami (psa, nie moimi, psa!).

    Tak naprawdę, przed startem powinnam zrobić jedną rzecz, o której nie pomyślałam. Mogłam wsadzić Jussi do kajaka suszącego się na brzegu, żeby obwąchała sobie wszystkie kąty i przetestowała miejscówki do siedzenia. Może też, jeśli miałabym więcej czasu (i chęci) mogłabym nauczyć ją wskakiwania do kajaka i wyskakiwania na komendę.

    w poszukiwaniu idealnego wodorosta

    A może jednak pies poza kajakiem…?

    Jeśli chodzi o wodowanie, Jussi wykorzystała kajak tylko do tego, żeby lepiej wybić się podczas skoku do wody. Za to kiedy okazało się, że kajak jest szybszy od labradora, postanowiła wdrapać się na pokład. Tutaj ważna była taktyka. Dziobem zaczepiłam się w szuwarach, jedną ręką próbowałam trzymać wiosło, drugą pomóc wdrapującemu się psu wejść do kajaka. Bardzo pomogły mi w tym szelki, polecam takie, za które łatwo jest złapać jedną ręką. Póki co, zwykłe parciane są do takich zabaw idealne. Po trzech próbach miałyśmy ten trik na tyle wyćwiczony, że wsadzenie Jussi do kajaku dryfującego na otwartym zalewie było już tylko formalnością.

    Jussi, poza tym, że kilka razy postanowiła zmoczyć rozgrzane futro, siedziała w kajaku bardzo grzecznie. Byłam trochę wystraszona kiedy zbliżałyśmy się do kaczek, czy innego ptactwa, ale mój pies spokojnie obserwował je sobie z odległości. Szczerze mówiąc, Jussi była bardziej zaciekawiona tym, co pod wodą, niż tym co na niej. Raz na jakiś czas wychylała się więc z kajaka, żeby złapać zębami jakieś apetycznie wyglądające wodorosty.

    Póki płynęłyśmy Bystrzycą, spływ był bardzo przyjemny. Schody zaczęły się, kiedy wypłynęłyśmy na zalew. Po pierwsze, na otwartej wodzie kajakuje się źle. Po drugie, kiedy cel jest daleko, wydaje się, że całe to wiosłowanie jest psu na budę, i tak naprawdę stoisz w miejscu a nie płyniesz. Po trzecie, 8 kilometrów wiosłowania, z prawie 90 kilogramami na pokładzie daje jednak w kość.

    Czasem nawet udało mi się zobaczyć coś więcej niż sierść

    Radość z osiągnięcia celu jest ogromna, radość z dotarcia na brzeg bez wywrotki jeszcze większa. No i uwielbiam, kiedy Jussi jest tak potwornie zmęczona, że śpi w każdych warunkach i nic, ale to nic jej nie przeszkadza. Okazuje się, że kajak z psem to nic trudnego. Trzeba tylko pamiętać o ubraniu na zmianę (bo jak już wyciągniesz psa z wody, to on się na tym kajaku oczywiście otrzepie), spakowaniu rzeczy do jakiejś nieprzemakalnej torby, i zabraniu repelenta na komary.

     

    Wybaczcie mi jakość zdjęć, do dyspozycji miałam tylko telefon,którego wodoodporności wolałam nie testować, a byłam zbyt przejęta spływem,żeby dbać o dobre kadry 😉

     

    ZapiszZapisz

  • O sprzęcie bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu

    O sprzęcie bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu

    Tutaj znajduje się informacja o sprzęcie który przez lata udało mi się zgromadzić, a bez którego nie wyobrażam sobie nawet krótkiego wyjazdu. Większość z rzeczy zamieszczonych poniżej została mi podarowana, część jest dosyć stara, część zupełnie nowa. Jest to moja podstawowa wyprawka. Dodam, że nie posiadam jeszcze wszystkiego co potrzebne przy budżetowo przyjaznych wyjazdach, ale systematycznie pracuję nad tym, aby te braki uzupełniać.

    śpiwór

    Mój to Forclaz 10° – 15° ultralight z Decathlonu. Sprawdza się genialnie, jest mały, lekki, upycha się go pięścią w pokrowcu. Zimno mi w nim było chyba raz w życiu – na Woodstocku. Aha, dostałam pod choinkę, na specjalne życzenie, więc nic mnie nie kosztował

    kosmetyczka

    Kolejny prezent. Nawet nie wiedziałam że ją potrzebuję, dopóki jej nie dostałam. Jest lekka (zawsze plus!), bardzo pojemna, zawieszana (ważne w schroniskowych prysznicach). Firmy Sea to Summit. Ja moją testuję od bardzo niedawna, ale już czuję, że będzie mi służyła latami.

    buty

    W tym temacie nie mam jeszcze za wiele do powiedzenia. Latem sprawdzają mi się sandały z Ecco. Zresztą, przeszłam na nich 100 km podczas Camino de Santiago i stopy mi nie odpadły. Co do traperów, szukam. Jak znajdę odpowiednie w dobrej cenie – uzupełnię.

    kolaż mojego sprzętu turystycznego

    plecak

    Pierwszy raz, wspinając się na Strzechę Akademicką z Jussi, miałam ze sobą oldschoolowy, wysłużony, 50 litrowy plecak Alpinusa. Służył mi głównie do wnoszenia karmy dla psa. Potem nauczyłam się żywieniowych patentów i w zupełności wystarcza mi 30 litrowy Karrimor, zaprojektowany bardziej do biegania po mieście, ale ma pas biodrowy, sztywne plecy, i mieszczę się w nim na weekendowy wypad w góry, jak i na kilkudniowy wyjazd za granicę.

    termos

    kolejny prezent (ach, jak ja lubię święta i urodziny!) nie jest to specjalny górski termos, zimą całkiem szybko się wychładza, miał być na tyle uniwersalny żeby z nim pójść do pracy, jak i móc zabrać go na wyjazd. Nie rzuca się w oczy i zajmuje mało miejsca w plecaku. Mnie wystarcza.

    kindle/książka

    Element obowiązkowy, kiedy pies wyczerpany śpi, a ja sączę zimne piwo w schronisku. Nic tak nie smakuje jak książka po godzinach chodzenia.

    klapki

    Długi czas nie miałam klapek, wtedy pod prysznic chodziłam we wspomnianych wyżej sandałach. Minusy takiej wielozadaniowości można sobie łatwo wyobrazić. Kiedy uznałam, że Jussi jest na tyle duża, żeby nie zjeść mi kolejnej pary, i kiedy chciałam zacząć korzystać ze sportowych przybytków Wrocławia, zakupiłam przecenione klapki z różowym logo Adidasa. Są przeurocze, a ja zakładając je czuję się jakbym fundowała moim stopom spa 😉

    https://www.zapsiepieniadze.pl/co-czytam-w-pociagu/

    nerka

    Kolejny prezent – tym razem mój dla mnie. Polska firma – Mięta, robi przepiękne nerki. W sezonie letnim nie wychodzę bez niej z domu, mieści nawet kindla, wszystkie potrzebne rzeczy dla psa (o tym w następnym poście), telefon, klucze, co-tylko-chcesz. Trochę zaczęła się wycierać przy pasku ale zupełnie jej to nie przeszkadza w funkcjonalności. Skarb!

    ręcznik

    Lekki, szybkoschnący, też decathlon, duży. Planuję kupno drugiego takiego dla Jussi, bo pies się kocha moczyć, a frota zajmuje dużo miejsca. Ma jeden minus – ciagle zapominam wziąć go z domu na wyjazd. Na szczęście w aucie zawsze wożę ze dwa ręczniki dla psa, zwłaszcza latem.

    To tyle jeśli chodzi o mój sprzęt, bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu. Celowo nie pisze o ubraniu, bo kilka bluz z Croppa i termoaktywna bielizna kupiona na narty 10 lat temu nie są zbyt ciekawym materiałem. Dodatkowo wszystko zależy czy bardziej góry, czy płaskie, czy woda. Na pewno nie noszę nowych ubrań. Ja się brudzę, psie łapki brudzą, sierść jest wszędzie.

    Co dla was jest podstawowym wposażeniem na krótki wypad z noclegiem? Bierzecie więcej elektroniki? Ubrań? o czymś ważnym zapomniałam, albo jest coś co mogłoby mi znacząco ułatwić życie? piszcie w komentarzach!