Tag: trekking

  • Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci sekret

    Zdradzę ci tajemnicę. Nie jest to duża tajemnica, wydaje mi się, że wszyscy moi znajomi ją znają. A może nie? Może teraz właśnie czytając te słowa (jeśli je czytają) myślą sobie „o co jej może chodzić, tej Kamili, co ona znów wymyśliła?”. Zaraz się wspólnie dowiemy. To znaczy nie dowiemy się, co sobie myślą moi znajomi, jeśli to czytają, tylko co to za tajemnica, No, ja ją znam, więc dowiesz się i ty. Oto i ona:

     

    ja nie lubię chodzić po górach.

     

    Cooo? Jak to? Pokusiła się na opowiadanie ludziom jakich to ona szczytów nie zdobywa a tu takie rewelacje? Nikomu już nie można zaufać, myślisz pewnie. A może i nie. Pozwól mi jednak wytłumaczyć. Chodzenie po górach, wspinanie się na szczyty, jest zupełnie bez sensu. Po co tam wchodzę? Po to żeby zejść. Mój repertuar marudzenia podczas wspinaczki jest dosyć bogaty. Zaczyna się od zadyszki. Kto wymyślił, że pierwsze podejście zawsze musi być najostrzejsze? Nie ważne jakie pasmo, jaka górka, pierwszy kilometr pod górę to jakaś droga przez mękę. Płuca nie wyrabiają, a przecież nie palę (poza wrocławskim smogiem oczywiście). Nogi odmawiają posłuszeństwa, chociaż przed chwilą przebierały niecierpliwie. BUTY TREKKINGOWE SĄ TAKIE CIĘŻKIE! Gdyby nie Jussi, żadnej góry bym nie zdobyła, nie ma mowy, dla psa się tak poświęcam. A mogłam ją spaść jak beczkę na cienkich łapkach, nauczyć włączać telewizor i wieść dobre życie na kanapie. Ale nie, gór mi się zachciało, psa uszczęśliwiać, nie no poważnie…

    szrenica w oddali

    Miłe złego początki

    Tak mniej więcej wygląda początek każdej trasy w mojej głowie. Po pierwszym podejściu, kiedy trasa robi się bardziej płaska a płuca zaczynają pracować w równym tempie zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu. No bo przecież nie weszłam, nie zmęczyłam się tak, żeby teraz zejść. Trzeba iść dalej. Cholera.

    I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Niby jeszcze nie jest tak źle, niby marudzę ale chodzę, trasy planuję, piszę posty, robię zdjęcia, dbam o psa. Więc jak tylko wrócę z wyprawy to mój mózg zaczyna pracować i wymyślać co raz to nowe rzeczy.

    Na przykład w ostatni weekend. Takie tam, trzydzieste urodziny. Wiesz co normalni ludzie robią w piątek wieczorem kiedy mają trzydzieste urodziny w sobotę? Wracają z pracy i piją alkohol. No, chyba że mają jakieś tam obowiązki. Ale serio, mieć urodziny, i to tak ważne. w sobotę – to dar. Zwłaszcza, że ten termin jest bardzo niepewny, bo rok temu na przykład moje urodziny wypadały w Wielki Piątek, więc może być różnie. Tym razem mój mózg wymyślił sobie świętowanie w górach. W sumie spoko, tylko ciepło się zrobiło i cały Wrocław już od ponad miesiąca porezerwował wszystkie schroniska z widokiem (a ja chciałam spędzić pierwsze dni trzeciej dekady na szczycie, z widokiem). Nic to, w piątek miejsca są. Krótka narada z gronem zainteresowanych i spoko, dzień już dłuższy, pogoda ładna, w piątek po pracy pakujemy się w auto i w drogę!

    pozostałości po mgle

     

    https://www.instagram.com/p/BhjmdUBgnZF/

    Nocne marki

    Jak powiedzieli tak zrobili, ze mną na czele. Start był trochę opóźniony, pogoda trochę się zbiesiła. Ale rezerwacja jest, więc w drogę, do Szklarskiej Poręby! Parkując w Szklarskiej już zaczynałam rozumieć, że mój mózg znowu mnie oszukał, a do tego butelka prosecco w plecaku jednak ciężka. Odwrotu nie ma, idziemy. Ledwo weszliśmy na ścieżkę w lesie, a było już ciemno, zobaczyliśmy sarny. Ah, jaka byłam smutna, że to nie wilki! Jakby to były wilki zastrajkowałabym jeszcze przed pierwszym podejściem.

    Potem było tylko gorzej. Głośny wiatr, mżawka, oblodzone podejście, ciemność i niepewność czy nam schroniska nie zamkną, bo niby rezerwacja była, ale już się godzina 22 zbliża, a Pod Łabskim Szczytem nie mają luksusu lini elektrycznych tylko własną prądnicą prąd robią.

    taka oto ekipa

    Jussi zawsze sobie znajdzie zabawę

    Życie bez prądu

    I w tym wszystkim ja, i trójka ludzi ze mną, którzy ani słowem nie zamarudzą, konwersacje przy podejściach prowadzą, żartami sypią jakby szczęśliwi byli, że tam są, czy coś. Tak mi głupio było, że przez całą drogę nie marudziłam ani razu, chociaż warunki ku temu były idealne.

    Do schroniska doszliśmy na pięć minut przed zamknięciem i wyłączeniem prądu. I też nikt afery nie robił, a widok na Miasteczko w dole nocą, jedyny w swoim rodzaju. Dzięki czołówkom ciemności nam były nie straszne a tu jeszcze okazało się, że do tego mojego wniesionego na własnych plecach świątecznego prosecco w jednym z plecaków znalazły się prawdziwe, pyszne, włoskie sery od Włocha! Takie rzeczy tylko Pod Łabskim Szczytem.

    Wigilię moich urodzin spędziłam więc niesamowicie wdzięczna, że mam wśród siebie ludzi, którzy po to, żebym kolejną dekadę swojego życia zaczęła na szczycie i z widokiem, są w stanie nocą w deszczu ślizgać się na lodzie bez złego słowa. Dobre to było uczucie.

    to tylko wygląda strasznie

    Brak widoków na przyszłość

    Niestety, życie jak to życie, nauczkę dać musi i zamiast pobudki z widokiem, miałam urodzinowy poranek nieco zamglony (w zasadzie bardzo zamglony, mleko było takie, że psią kupę ciężko się zbierało).

    Po śniadaniu trzeba było iść dalej. Na moje nieszczęście mgła zeszła, i widać było jakie strome podejście przed nami. Jussi urządzała sobie ślizgawkę na śniegu, a ja zastanawiałam się, czy skoro jest jasno, słonce świeci a wszyscy są już po śniadaniu, to czy ja mogę zacząć marudzić? Czy ze względu na wiek już mi nie wypada?

    Podchodząc pod górę ustalałam też plan działania na przyszłość. Jeśli przyjdzie wojna a wszystkie moje dokumenty spłoną w pożarze, to czy chcę być jak te tajemnicze starsze panie z książek Chmielewskiej, które mówiły że mają dziesięć lat mniej niż najpewniej miały, czy może jednak z godnością dzielić się prawdziwym wiekiem swoim? Nie powiem ci co wymyśliłam, bo pomysł uważam za genialny i szkoda go teraz upubliczniać. Widać dotleniony mózg rzeczywiście lepiej działa.

    szaleńcy na zboczu

    Jussi i Śnieżne kotły

    Czeskie przygody

    Po pierwszym podejściu, które okazało się też być najgorsze w całej wyprawie, szlak stał się przyjemny i Śnieżne Kotły obejrzeliśmy dokładnie, bo widoczność była idealna. Dalsza wędrówka była przyjemna, mimo że w roztapiającym się delikatnie śniegu po stromym zboczu góry (kaszośnieg tym razem musiałam przeprosić, a o kaszośniegu więcej będzie w poście z Gór Izerskich, także ten, wypatruj).

    Na rozdrożu do Jagniątkowa wzniosłam jeszcze toast z Panami Czechami, którzy po suto zakrapianej nocy spędzonej w drewnianej chatce (podobno jakieś zawody na orientację były po czeskiej stronie gór) podzielili się ze mną swoim śniadaniowym szampanem i Jagermeisterem.

    temu podłożu nie można ufać

    Jussi na ko

    Prawdziwa zabawa, jeśli po wczorajszej nocy przeżyć nam byłoby mało, zaczęła się w drodze w dół. Mokry śnieg na kosodrzewinie tworzy iluzję stałego gruntu. z góry wygląda jak pięknie wydeptana ścieżka. Jeden fałszywy krok, i twoja noga zapada się po same pośladki w miękkim śniegu. Ubaw po pachy (niemalże), zwłaszcza jeśli nie masz nieprzemakalnych spodni tylko legginsy a twoje buty nie zostało odpowiednio zabezpieczone impregnatem. I niby nie było tak źle, bo w drodze na dół minęliśmy pana w sandałach (ja tam myślę, że to był hobbit incognito), ale jednak wnętrze buta zamienia się w małe jezioro.

    przykład niezaimpregnowanych butów

    Jak już przebiliśmy się przez ten śnieg, to schodząc niżej i niżej zahaczyliśmy o wiosenną a nawet i letnią pogodę.

    Wróciwszy do Wrocławia nie miałam nawet siły skoczyć do żabki, a co dopiero wyjść na miasto, żeby świętować nową dekadę życia.

    Także jak widzisz, bilans jest okrutny: zmęczenie fizyczne, mokre buty, brak prądu, brak widoków, zmarnowany potencjał sobotniego świętowania.

    Jak tu lubić chodzenie po górach?

     

    nareszcie koniec!

     

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Polski schizofreniczny turysta górski

    Polski schizofreniczny turysta górski

    Na co dzień korzysta z internetu w komputerze, telefonie komórkowym, telewizorze. Nie wyobraża sobie dojechać na drugi koniec miasta bez sprawdzenia trasy na jakdojade. Już dawno przestał zapisywać muzykę na mp3 i zgrywać pliki na twardy dysk, zamiast tego słucha, czego chce i kiedy chce na Spotify czy Tidalu. Bilet na PKP kupuje przez aplikację i śmieje się z tych, co stoją w kolejkach. Polski turysta górski.

    Już dawno zapomniał jak wygląda znaczek pocztowy.

    Potrafi znaleźć stronę schroniska górskiego, żeby wystawić im negatywną opinię.

    polski turysta górski w górach stołowych

    Jednak kiedy idzie w góry, cały współczesny świat znika. To nie jest tak, że nie bierze ze sobą komórki. Bierze, i ładuje ją potem w schroniskach. Cieszy się z ciepłej wody i pije kraftowe piwa na szczycie. Czyta książki na kindlu. Z jakiegoś jednak powodu nie chce przyjąć do wiadomości, że czasy, kiedy prośbę o rezerwację wysyłało się do schroniska na pocztówce znad morza, i jechało na drugi koniec Polski licząc, że pocztówka dotarła, a nocleg został zarezerwowany, już minęły. Czasy, w których wiedziało się, że prowadzący schroniska nie znajdą czasu, żeby odpisać, bo ich życie to praca 24/7, 365 dni w roku.

    Czasy, kiedy gleba miała sens, bo zwyczajnie nie było innej opcji.

    Polski turysta robi research wszystkiego. Pyta na grupach jakie buty trekkingowe są najlepsze, jaka kurtka osłoni przed wiatrem, jaki plecak wytrzyma lata niosąc na plecach cały górski dobytek. Potem porównuje ze sobą pięć sklepów internetowych pod kątem wysyłki, dostawy, ceny, aby mieć pewność, że wybrał najlepiej. Że jest dobrze przygotowany do wyprawy.

    Polski turysta rezerwuje bilety na Star Wars z dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

    Polski turysta oczekuje, że schronisko górskie będzie miało intuicyjną stronę internetową, i fejsbuka z pięknymi zdjęciami. Że odpowiedzi w internecie będą zawsze wyważone i profesjonalne. Polski turysta traktuje prowadzących schroniska górskie tak, jak traktuje każdą inną firmę, która ma dział marketingu, obsługi klienta, planowania, osobny budżet na działania wizerunkowe i korzysta z zewnętrznej agencji do robienia social media. Na nizinach schroniska górskie grają według praw rynku.

    Wszystko zmienia się, kiedy polski turysta jedzie w góry.

    Ładuje on papierową mapę w kupiony w internecie plecak, razem z karimatą, śpiworem, lustrzanką i smartfonem. Nie planuje trasy, idzie na żywioł. Dokąd idzie? Do słońca. To chyba jasne.

    Na szlakach już dawno przestał mówić cześć mijanym ludziom, przecież nie będzie uczył kultury weekendowych spacerowiczów.

    Polski turysta po dotarciu do schroniska wie, że nocleg mu się należy. W końcu jest w górach. Dzięki karcie członkowskiej PTTK, za którą zapłacił w tym roku 45 złotych, ma 10% zniżkę na nocleg w każdym schronisku, które, jak nazwa wskazuje, musi dać mu schronienie. Inaczej to byłby przecież hotel, a polski turysta nie sypia w hotelach.

    Polski turysta jeśli ma do wyboru łóżko i glebę, zawsze wybierze glebę. W końcu w schronisku musi być klimat. Plus, we wspólnej sali i na korytarzach częściej można znaleźć gniazdko. A lustrzanka i telefon muszą się przez noc naładować prądem. Polski turysta zje teraz kwaśnicę i napije się piwa. Najlepiej lokalnego, z małego browaru. I w cenie jakiejś normalnej a nie 8 zł. Przesada. Prowadzący schronisko muszą być dla polskiego turysty mili, przecież jest ich gościem, a gościa się traktuje z szacunkiem. Plus zawsze potem może im napisać na fejsie, że mogliby się uśmiechnąć.

    Polski turysta chce, żeby schronisko było czyste i zadbane, żeby było dla niego otwarte cały rok, w końcu nigdy nie wiadomo kiedy poczuje on zew natury. Polski turysta z chęcią skorzysta z posiadówki przy ognisku, na które ktoś inny narąbał mu drewna. Polski turysta chciałby w górach odciąć się od świata współczesnego i śpiewać Stachurę z innymi polskimi turystami. Wiesz, poczuć ten klimat ducha gór. Polski turysta nie wierzy w planowanie i rezerwację w górach. Polski turysta chce, żeby obsługa schroniska ładnie pachniała, bo w końcu są w pracy. Fajnie by było jakby z uśmiechem przynieśli mu dodatkowe koce, bo na glebie twardo i zimno. Polski turysta pyta o hasło do wi-fi.

    Kiedy polski turysta słyszy, że schronisko dzisiaj nieczynne, że dzisiaj nie ma noclegu, to wie, że zawsze może wystawić negatywną opinię w internecie. Może zainteresuje lokalne media problemem. W końcu, dla niego, polskiego turysty, miejsce musi się znaleźć zawsze. On tu przecież wszedł sam! Na tych nogach, on się postarał, zrobił swoje.

    Polski turysta nie rozumie, dlaczego go odprawiono, przecież schronisko jest dla niego. Wymyślił sobie, że obejrzy wschód słońca z tego pięknego miejsca, a oni mu w tej ruderze odmawiają noclegu? Na podłodze?

    Polki turysta w górach czuje się jak u siebie, więc wie, że dzierżawcy schronisk czytali umowę przed podpisaniem. Wiedzieli na co się piszą. Oni są tu po to, żeby polskiemu turyście było miło. Jeśli się nie podoba, to wypad.

    Polski turysta zna dzierżawców innych schronisk, w których taka sytuacja nie miałaby miejsca.

    Polskiemu turyście czasami mylą się schroniska górskie ze Starbucksem. Dlatego do każdego i zawsze przykłada taką samą miarę. Polski turysta chce w górach klimatu sprzed stu lat, ale tylko wtedy, kiedy polskiemu turyście to pasuje. Wieczór przy ognisku z telefonem ładującym się obok. Kwaśnica z kraftowym browarem. Rezerwacja na pocztówce z szybkimi kulturalnymi odpowiedziami na fejsie. Domowy klimat z marektingowym zapleczem.

    Polski turysta nie jest złym turystą. Polski turysta po prostu już nie wie kim jest.

     

    (składka członkowska w PTTK w 2017 roku to 45 zł, a wg strony PTTK członków zwyczajnych płacących składki jest około 60 tys, co daje niecałe 3 miliony złotych rocznie. Cena za nocleg w schroniskach na dolnym śląsku waha się pomiędzy 30-50 zł, w cenie mamy nie tylko schronienie ale i obsługę, sprzątanie po nas, i to często w trudno dostępnych miejscach, w których transport żywności czy wywóz śmieci bywa utrudniony. Schroniska górskie muszą być czynne przez cały rok, nawet w miesiącach w których turystyka w regionie jest martwa, aby w razie potrzeby zapewnić schronienie wędrowcom)

     

    (tekst powstał zainspirowany lekturą for internetowych i burzy krytykującej schroniska górskie, jaka się na nich rozpętała po tym, jak schronisko Na Szczelińcu odmówiło noclegu pewnemu turyście, w zamian proponując nocleg w Pasterce. 2 kilometry dalej)

  • Góry Sowie – galeria zdjęć

    Góry Sowie – galeria zdjęć

    Hej!

    Jeśli spodobała Ci się nasza wyprawa w Góry Sowie, zapraszam cie do obejrzenia zdjęć z galerii. Mimo niepewnej pogody, widoki były niesamowite. Razem z tymi obrazami, wysyłam w Twoją stronę odrobinę lata. Oglądaj, chłoń, daj znać, które podobało Ci się najbardziej!

     

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile “wolności”.

    NALEŻY PAMIĘTAĆ, ŻE ZGODNIE Z POLSKIM PRAWEM, PIES W PARKACH NARODOWYCH I LASACH NIE POWINIEN BYĆ PUSZCZANY LUZEM.

    Do zobaczenia za parę dni, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila

  • Nie samą Sową człowiek żyje

    Nie samą Sową człowiek żyje

    Ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej, no bo wiadomo, Wielka Sowa, Muchołapka, sporo tras spacerowych, kilka schronisk do wyboru, no i przyjemna odległość od Wrocławia. Okazało się, że okolica Gór Sowich ma do zaoferowania o wiele więcej niż wieża na szczycie i kompleksy Riese, i ostatecznie nasz weekend wyglądał zupełnie inaczej niż go sobie wyobrażałam.

    pogoda zapowiadała się znakomicie

    Klasyczny początek, czyli spacer na Wielką Sowę

    Zarezerwowałam nocleg w schronisku Zygmuntówka, w Sowie nocowałam już kiedyś, chciałam więc spróbować czegoś nowego. Schronisko Orzeł nie odbierało ode mnie telefonów, więc dalej pozostaje dla mnie terytorium nieznanym, i zachętą do dalszego eksplorowania okolic. Zygmuntówka jest położona przepięknie, aczkolwiek nie znajduje się na trasie spaceru jaki wykonałyśmy. Nic to, zejście do schroniska jest dobrze oznakowane, wiedzie przez drogę w lesie, a sam budynek ma jeden z bardziej magicznych widoków, jakie jesteśmy w stanie znaleźć w tak bliskiej okolicy Wrocławia. Jedyne, co można by było polepszyć to oferta posiłków i ich ceny, niby można się najeść, ale brakuje mi tu czegoś regionalnego, czegoś, po co warto nadłożyć drogi.

    Dzień rozpoczęłyśmy od ambitnego wspinu na Wielką Sowę. Nasz szlak wiódł przez las, więc widoki jak z pocztówek były tylko na samym początku drogi, potem podziwiałyśmy drzewostan. Wielka Sowa to nie jest wymagająca góra, pewnie dlatego tak dużo na szczycie rodzin z dziećmi i wycieczek młodzieżowych. Jest to również góra lubiana przez rowerzystów, którzy wjeżdżają i zjeżdżają z niej o każdej porze roku.

    takie widoki poczas spaceru

    Na samym szczycie klimat jest piknikowy. Kilka wytyczonych miejsc na ognisko, do tego zadaszonych, teren ogrodzony płotkiem. W centrum placu stoi wyrzeźbiona w drewnie sowa, a nad wszytkim góruje wieża. (Ja jak bym chciała, żeby taka wieża ostała się też na Śnieżniku…).

    Wieża spełnia dwie funkcje: po pierwsze to kiosk, gdzie można nabyć piwo, lody, pocztówki i przybić pieczęć wędrowca. Druga, to punkt widokowy. Moim zdaniem warto zapłacić te kilka złotych, żeby wdrapać się na szczyt (niezmiennie wietrzny) i popodziwiać panoramę pobliskich gór. Zwłaszcza Góry Kaczawskie robią wrażenie, bo z wysokości rzeczywiście przypominają o swojej wulkanicznej przeszłości.

    klatka schodowa na sam szczyt wulkaniczne krajobrazy pod chmurami ścieżka prowadząca na szczyt

    Zejście z Wielkiej Sowy jest jeszcze łatwiejsze niż wejście na nią. Po drodze mijamy schronisko Sowa, gdzie kusi nas potykacz z informacją o czeskim piwie i knedlach. Mijamy Sowę i idziemy dalej, do Zygmuntówki. Jak się potem okazało, reklama wywarła na nas takie wrażenie, że po zameldowaniu się w Zygmuntówce wracamy na knedle i czeskie piwo. Między Sową a Zygmuntówką trochę siąpi deszcz, za to spacer umilają nam widoki Ślęży. Jest tam też mała platforma widokowa z której możemy podziwiać panoramę Pieszyc. Całkiem nieźle obcierają nas już buty, (ja testuję po raz pierwszy treki od AKU – pewnie podzielę się niedługo wrażeniami) więc po powrocie bierzemy prysznic i od razu idziemy spać.

     

    Wycieczkowe anomalie

    Następnego dnia pogoda nie wygląda zachęcająco, więc odpuszczamy sobie górskie klimaty, i robimy rekonesans okolicy. Pierwsze co odwiedzamy, to Walim. I to nie sztolnie, a znajdujący się niedaleko na drodze punkt zaburzenia grawitacyjnego. Początkowo nie jesteśmy pewne, czy coś te go będzie, próbujemy w kilku miejscach i nic. Ostatecznie cieszymy się jak dzieci, kiedy ni z tego ni z owego butelka wody zaczyna toczyć się pod górę.

    Jussi nie była przejęta tym wydarzeniem, dlatego po kilku udanych próbach, pełne energii ruszamy zwiedzać zamek Grodno. Na zdjęciach w galerii Google zamek wygląda pięknie i majestatycznie, a z dołu wcale go nie widać. Chwilę krążymy po Zagórzu Śląskim, bo GPS zupełnie nie wie jak nas tam poprowadzić. Dzięki temu wchodzimy na most linowy – zupełnym przypadkiem – i podziwiamy Jezioro Lubachowskie.

    Okazuje się, że zamek czeka na nas niemal za rogiem, trzeba tylko wspiąć się trochę na górę Chojna i już, już jesteśmy.

    niby pod górkę, a z górki

    Jussi i most zwodzony na jeziorze Lubachowskim

     Kamila i Sekretna Komnata

    Niestety, do zamku nie można wchodzić z psem, dzielimy się więc na dwie tury, ja idę pierwsza, a Jussi grzecznie czeka z G na mój powrót. Potem ja opiekuję się psem, a G zwiedza zamek. Bilet kosztuje 15 złotych (można płacić kartą!), w cenie jest tez przewodnik, ale ponieważ zwiedzanie z przewodnikiem zaczyna się o pełnych godzinach nie korzystamy z tego udogodnienia. W cenie możemy wejść na wieżę, zwiedzić salę tortur, zobaczyć piwnicę ze szkieletem Kasztelanki Małgorzaty i sale książęce. Zdecydowanie polecam skorzystanie z oprowadzania, bo zamek Grodno to miejsce wielu ciekawych legend i historii.

    Ja miałam to szczęście że w sali komnat zauważyłam uchylone drzwi. Myśląc, że to druga sala weszłam do środka i zastałam prywatne zwiedzanie dwóch osób. Pan przewodnik pozwolił mi jednak zajrzeć do środka i w ten sposób udało mi się zobaczyć kryptę grobową ostatnich właścicieli Zamku Grodno – rodziny von Zedlitz.

    Z wieży widokowej, dzięki malowniczemu położeniu zamku, możemy podziwiać jezioro Lubachowskie i okoliczne góry.

    Zamek Grono jest ładnie odrestaurowany jezioro Lubachowskie, i most wiszący takie widoki nie są dostępne dla wszystkich zwiedzających

     Moja mała Skandynawia

    Kolejną niespodzianką okazało się miejsce w którym zjadłyśmy obiad. Jadąc w kierunku zapory wodnej na Bystrzycy nasz wzrok przyciągnął niebieski budyneczek, wyglądający niby ze skandynawskich obrazków. Dookoła pełno samochodów, a na drzwiach wejściowych kartka, że restauracja Fregata przyjmuje gości tylko i wyłącznie po uprzedniej rezerwacji. No, ale skoro do tajemnej komnaty na zamku udało mi się wejść, to czy taka restauracja powinna być jakąkolwiek trudnością? Bardzo miłe panie za barem potwierdziły ze owszem, mają wolny stolik a pies jest równie mile widziany jak i my, zatem nie było juz odwrotu. Pstrąg, lemoniada, a w wypadku pasażerki nawet lampka porto to było idealne zwieńczenie weekendu. Przy tym wszystkim nie dość, że sam hotel jest przeuroczy, to jeszcze ten widok na zaporę… tak trzeba żyć! (aha, i pojadę tam zimą, bo musi być nieziemsko w śniegu).

    Ostatnim punktem naszej wycieczki była zapora na Bystrzycy właśnie, tworząca jezioro Lubachowskie. Dla mnie to miejsce ma coś z klimatu norweskich fiordów. Kamienna konstrukcja została wybudowana w latach 1914-1917, a dzięki niej jezioro może pomieścić nawet 8 milionów litrów wody (!). Jest przy tym tak malownicza, że nie będę się już rozpisywać, a zamiast tego uraczę cię zdjęciami tutaj i w następnym poście z galerią.

    widok na zaporę, znad talerza wspaniała restauracja i hotel Fregata widok na hotel z zapory Zapora na Bystrzycy, majstersztyk! Pływać nie można, to co my tu robimy?

    Tak, ten weekend zdecydowanie nie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażałam, ale szczerze mówiąc, widokami przerósł moje najwyższe oczekiwania. Myślę, że tą ucztę dla oka widać również na zdjęciach, tutaj i w galerii, która na blogu już za chwilę. Wiem, że zdjęcia są jeszcze ze słonecznego sierpnia, a za oknem szaleje już jesień, ale wyobraź sobie jak pięknie musi wyglądać to teraz, żółcie i czerwienie za delikatną mgłą… to co, widzimy się w weekend na zaporze?

     

     

    ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz

    ZapiszZapisz

  • Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Wyjechała na JEDEN dzień z miasta!

    Czasami nie ma czasu, albo chęci, na weekendowy wypad. Na szczęście mieszkanie w stolicy Dolnego Śląska daje mi i Jussi sporo możliwości mniejszego podróżowania. Dzisiaj opowiem Ci o jednodniowej wycieczce z psem poza miasto, po Wzgórzach Niemczańsko-Strzelińskich, jaką zrobiłyśmy w pewną pochmurną, czerwcową sobotę.

    Plan był prosty – wsiadamy w pociąg w sobotę rano, dojeżdżamy do stacji w Henrykowie i wędrujemy pieszo do stacji w Białym Kościele, podziwiając po drodze widoki i ciesząc się świeżym powietrzem i przyrodą.

    Przy okazji chciałam przetestować instagramową funkcję opowiadania historii, więc poniżej znajdziesz również zdjęcia, z jakich przez cały dzień tworzyłam historię.

    Nie chcem, ale muszem (bo pies patrzy)

    Wiesz co działa motywująco? Kiedy budzisz się rano i widzisz, że za oknem chmury a pogoda w telefonie sprzedaje Ci informację, że maksymalna temperatura dzisiaj to 15 stopni. A do tego mżawka. No ale przecież obiecałam piesełowi, a ona stoi przy łóżku i straszy tymi oczami i tą radosną paszczą, więc zabieram się za robienie śniadania, pakowanie plecaka. Potem bieg na tramwaj.

    W plecaku miałam niewiele: aparat fotograficzny (w którym karta z jakiegoś powodu przestała działać, więc pełnił tylko wdzięczną funkcję ciężaru). Polar z Lidla, który miał mnie chociaż trochę ochronić przed deszczem (ciągle nie miałam jeszcze porządnej kurtki przeciwdeszczowej), psie ciastka, dwie kanapki zrobione dzień wcześniej (brawo ja!), coś słodkiego, wodę, i, oczywiście, mapę.

     

    Punkt drugi – dojazd

    W tramwajach pies musi mieć na sobie kaganiec. We Wrocławiu, pies musi mieć nawet bilet (ulgowy podobno). Jussi, kiedy zmuszona jest nosić na pysku zło, wchodzi grzecznie do tramwaju, po czym kładzie się na środku wagonu tak, że nie sposób jej przesunąć, i patrzy na mnie z wyrzutem przez całą drogę. Na szczęście o 8 rano w sobotę prawie nikt nie podróżuje komunikacją miejską więc można spokojnie blokować przejście.

    Pod PKP kolejka do biletomatów jest mała, więc kupujemy bilet dla mnie (11,7 zł), dla psa (4,5 zł) i lecimy na peron.

    W pociągu Jussi grzecznie leży, jest tylko odrobinę zaniepokojona. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że aparat nie działa, ale cieszę się, bo znalazłam powerbanka w bocznej kieszeni plecaka – można robić zdjęcia, jesteśmy uratowane!

    Na co mi to było?

    W Henrykowie wysiadamy na dworcu PKP, który jest nieco oddalony od centrum miejscowości. Ponieważ przed nami prawie pięć godzin marszu, darujemy sobie zaglądanie do parku w Henrykowie i zostawiamy tą atrakcję na czas, kiedy będziemy tędy przejeżdżać autem, bo podobno warto.

    Kierujemy się zatem niebieskim szlakiem w stronę Raczyc i dalej na Witostowice.

    Po drodze podziwiamy panoramę dolnośląskich miasteczek, która ma w sobie coś magicznego – wieże kościołów i pofalowany teren. Chciałabym tutaj zauważyć, że gmina strzelin wspaniale zadbała o oznaczenia szlaków. Tablica z siatką szlaków jak i informacja z czasem dojścia wisiały w każdym punkcie orientacyjnym, co bardzo ułatwiało rozeznanie się w terenie.

    W Witostowicach na przystanku autobusowym z jakiegoś powodu znajduje się popiersie dalmatyńczyka. A, no i jest tam dziewiętnastowieczny zamek na wodzie, który, jak się okazuje, możecie mieć na własność.

     

     

    Po krótkiej sesji zdjęciowej wśród maków i innych polnych kwiatów, wchodzimy do lasu. Słychać tam piły spalinowe towarzyszące wycince drzew, więc trzymamy się z Jussi szlaku. Zaraz po wejściu do lasu, mijamy zabytkową kapliczkę, która jest otwarta, więc można zajrzeć do środka, albo schronić się przed deszczem.

    Drwa rąbią, aż wióry lecą w tym lesie. Jussi lubi sobie poskakać po pniach ułożonych przy leśnej drodze. Ja nie lubię patrzeć na butelki po oleju porozrzucane na ścieżce. Swoją drogą, ptaki robią niezłą konkurencję drwalom. Czasami w lesie jest głośniej niż w centrum Wrocławia.

    Gdzie te piękne widoki, panie Google?

    Mijamy kolejną kapliczkę i docieramy do Nowolesia. W miasteczku trwa odpust (chyba), więc przemykamy ukradkiem między zmierzającymi na mszę i bierzemy azymut na Nowoleską Kopę. Na samej górze ja próbuję zrobić jakieś ładne zdjęcie (ale jest mokro, pochmurno i ciągle mży) a Jussi zajada się trawą. Próbuję też wrzucić coś na insta, ale nie ma tu zasięgu.

    Schodząc z Nowoleskiej Kopy gubimy się tylko jakieś trzy razy, ale za to w drodze na skrzyżowanie nad wąwozem Pogródki mamy czas zjeść obiad. Las tutaj jest ciut mniej gęsty ale równie głośny jak poprzednik. Robi się też zimno, a po drodze dwa razy przeskakujemy przez rzeczkę. Tutaj jest trochę problem z oznakowaniem (albo z moją spostrzegawczością), więc trzeba być uważnym.

    Po chwili znajdujemy sielankowe miejsce, z hamakiem nad brzegiem rzeczki, lampionami, i gospodarstwem, które wygląda jak marzenie pod tytułem “rzucam pracę w korpo i jadę paść owce”. Niestety było mi zbyt zimno, żeby pochillować w hamaku, czego strasznie żałuję, bo gospodarstwo wydawało się puste. W cieplejsze dni byłoby to idealne miejsce na poobiednią drzemkę.

    Jeszcze trochę drogi przez las, następnie mijamy kopalnię granitu, która mi kojarzy się w tym momencie tylko z ogromnymi kałużami i przeprawą przez jeżyny. Moje stare Rebooki są już tak mokre (pro-tip: nie bierz dziurawych butów do biegania na spacer przez lasy i mokre trawy), że w butach mi chlupocze. Kolejny raz wchodzimy do lasu, omijamy duży zbiornik wodny (staw? jeziorko? kałuża?) i nie gubimy się tylko dlatego, że drzewa, na których było oznakowanie szlaków, nie zostały jeszcze sprzątnięte ze szlaku po wycince.

    Ostatnie wyjście z lasu

    Jussi udaje się znaleźć staw rybacki, w którym decyduje się popływać (na szczęście nikt akurat nie wędkował, więc nasz wybryk pozostał niezauważony). Obchodzimy jeszcze jezioro w Gębczycach, które niechybnie odwiedzimy jak już będzie trochę cieplej bo wygląda na czyste i jest całkiem duże.

    Za gębczycami wita nas Biały Kościół, ale uwaga! Stacja PKP jest położona kawałek drogi od miejscowości, a po ponad 16 kilometrach spaceru, wydaje się to być droga niemożliwa do pokonania. W związku z tym ucieka nam pociąg i czekamy jeszcze prawie godzinę na następny.

    Na stacji PKP we Wro już klasyka: kawa w Starbucksie i tramwaj do domu. Jesteśmy na miejscu około siedemnastej.

    Masz też tak, że czasami bardzo ci się nie chce, sobota rano, pogoda nie taka jak powinna być, nie masz odpowiedniego sprzętu, rzeczy się psują albo gubią, ale mimo to zmuszasz się, by działać? I chociaż nie masz potem idealnych wspomnień, no bo przecież mokra i zmarznięta i trochę głodna i z odciskami, to jesteś z siebie niesamowicie dumna, że nie dałaś lenistwu za wygraną?

  • Góry Stołowe – galeria zdjęć z wyprawy

    Góry Stołowe – galeria zdjęć z wyprawy

    Czołem!

    Jeśli opowieść o Górach Stołowych pozostawiła u Ciebie odrobinę niedosytu, zapraszam do mojej galerii. Kliknij po prawej stronie zdjęcia powyżej, żeby zobaczyć następne.

    Starałam się zachowywać chronologię i nie przesadzać z ilością zdjęć psa (chociaż Jussi jest taaaka słodka przecież).

    Daj znać jak się podobało!

     

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile “wolności”.

    Należy pamiętać, że zgodnie z polskim prawem, pies w parkach narodowych i lasach nie powinien być puszczany luzem.

    Do zobaczenia za parę dni, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila

  • Śnieżnik – kwestie organizacyjne

    Śnieżnik – kwestie organizacyjne

    Hej!

    Mam nadzieję, że ostatnie zdjęcia rozbudziły Twój podróżniczy apetyt. Dzisiaj dowiesz się, jak zorganizować weekendowy wypad z Wrocławia na Śnieżnik, a także, ile to wszystko może kosztować. Omówię kwestie dojazdu, posiłków i noclegu. Mam nadzieję, że zainspiruje Cię to do zaplanowania własnego wyjazdu!

     

    Dojazd na Śnieżnik

    Chcąc wejść na Śnieżnik, trzeba dotrzeć do jednej z miejscowości znajdujących się u podnóża góry. Ja odwiedziłam Bolesławów i Kamienicę, dwie wioseczki połączone ze sobą i bardzo spokojne (brak turystów!) a także Międzygórze, (turystyczny kurort, bardzo malowniczy, pięknie położony). Startując z Wrocławia, do każdej w tych miejscowości można dojechać autobusem lub samochodem; w każdej znajdują się parkingi, na których można za darmo zostawić auto.

    Podróż samochodem zajmuje do dwóch godzin, natomiast autobusem trzy i pół godziny, z jedną przesiadką w Kłodzku (do sprawdzenia połączeń autobusowych świetnie nadaje się strona e-podróznik.pl). W autobusach PKS przewóz psów jest dopuszczalny, ale zawsze muszą być one w kagańcu i na smyczy, oraz z ważnymi szczepieniami. W jednym i drugim przypadku koszt podróży w obie strony to około 60 zł.

    Do zaplanowania trasy potrzebna jest mapa. O ile w domu można skorzystać z kilu opcji online, linki znajdziecie poniżej, to trzeba pamiętać, że na szlaku nic nie zastąpi tej prawdziwej, papierowej mapy (4,5 zł).

    Poniżej znajdziesz kilka linków do map online, za pomocą których możesz zaplanować trasę:

    Góry i ludzie – można tu kupić papierowe wydania map, jak i zobaczyć dokładnie te same mapy online. Mapa ta pozwala także na utworzenie linku do wybranego miejsca i sprawdzenia pogody na meteo.pl.

    Planeta Gór – na tej mapie można wybrać pokazywanie schronisk, szczytów czy zamków, przydatna funkcja, jeśli dopiero uczymy się czytać legendy.

    Mapa Polskie Szlaki – ciekawą opcją jest tu możliwość kliknięcia w wybrany szlak, pojawia się wtedy okienko z informacją o długości i czasie przejścia, bardzo przydatne na początku naszej przygody z mapami.

     

    nocleg

    Po wybraniu trasy nie pozostaje nam nic innego, jak upewnić się, że mamy gdzie przenocować. W okolicach Śnieżnika opcji jest kilka: namiot, pensjonat u podnóża góry, lub schronisko. Ja, ze względów finansowych, jak i osobistego lenistwa (skoro weszłam, nie będę już schodzić!), wybieram schroniska. Większość ma nie tylko stronę na Facebooku, ale też własne strony internetowe, gdzie można porównać cenniki, znaleźć numer telefonu, zrobić rezerwację itp.

    Nie zawsze podana jest wiadomość o tym, czy schroniska akceptują psy i czy jest za nie jakaś dodatkowa opłata. Dobrze jest zatem zadzwonić i upewnić się, że psiak nie okaże się problemem. W internecie można znaleźć kila stron informujących o psioprzyjazności schronisk, ale i tak zawsze lepiej jest samodzielnie się upewnić czy nic się nie zmieniło.

     

     

    kosztorys

    Nadeszła pora na podsumowanie finansowe mojej weekendowej wyprawy:

    Dojazd – około 60 zł
    Nocleg – 30 zł, nocleg Jussi gratis
    Jedzenie – nie mogłam się powstrzymać, i po wejściu na górę zamówiłam smażony ser i piwo: 15 + 8 zł
    Prowiant własny – kabanosy, czekolada, woda, owsianka instant i gorący kubek – około 20 zł
    Relaks – ponieważ z powodu mgły postanowiłam nie oddalać się od schroniska, wieczorem pozwoliłam sobie na kolejne dwa piwa – 16 zł
    Śniadanie – szklanka ciepłego mleka do owsianki, plus parówki i chleb – 9 zł
    Woda na drogę – 6 zł (pomimo, że na górze woda jest zaporowo droga, ja i tak wnoszę ze sobą tylko jedną dużą butelkę)
    Kolacja – po zejściu na dół, już przed powrotem do Wrocławia, skusiłam się jeszcze na grillowanego pstrąga przy wodospadzie Wilczki – 20 zł

    Podsumowując, cała wyprawa kosztowała mnie 183 zł. Nie liczę karmy dla Jussi, bo nie był to nadprogramowy wydatek (karmę i smaki je na codzień). Gdybym podróżowała w towarzystwie ludzi, koszt paliwa i jedzenia zmniejszyłby się proporcjonalnie, ponieważ moglibyśmy zabrać więcej prowiantu, dzięki czemu nie musielibyśmy kupować jedzenia w schronisku.

     

    Daj proszę znać, czy jest jakaś kwestia organizacyjna, która spędza Ci sen z powiek a postaram się pomóc! Jeśli myślisz o podobnym wypadzie i masz dodatkowe pytania, zapraszam do komentarzy. Jeśli znasz jakiś ciekawy sposób na dodatkowe ograniczenie budżetu – czekam na Twój głos, chętnie wypróbuję!

  • Śnieżnik – galeria

    Śnieżnik – galeria

    Śnieżnik – galeria

    Cześć!

    Pierwsza wyprawa, o której chcę Ci opowiedzieć, ze względu na osłabienie pochorobowe, rozbita została na dwa weekendy. W sobotę pierwszego weekendu zrobiłyśmy mały rekonesans, a tydzień później wdrapałyśmy się na sam szczyt i nocowałyśmy w schronisku „Na Śnieżniku„.

    Mam nadzieję, że zdjęcia z tej galerii wprowadzą Cię w podróżniczy klimat. Już pojutrze dowiesz się ile to wszystko kosztowało i jak zostało zorganizowane, a w piątek przeczytasz coś więcej na temat samego Śnieżnika, parku krajobrazowego i malowniczych miasteczek leżących u podnóża góry.

    Mały disclaimer: Jussi na większości zdjęć jest spuszczona ze smyczy. Ponieważ podróżuję sama z psem, jest to jedyna opcja na zrobienie ciekawych zdjęć. Jussi jest bardzo dobrze wychowana i nigdy nie oddala się bez mojego pozwolenia, zwłaszcza w nieznanym sobie terenie. Dlatego pozwalam jej na te krótkie chwile „wolności”.

    Należy pamiętać, że zgodnie z polskim prawem, pies w parkach narodowych i lasach nie powinien być puszczany luzem.

    Do zobaczenia w czwartek, kiedy opowiem Ci ile taka wyprawa może kosztować!

    Kamila